Architekt Milicić

Rok temu pisałem, że Igor Milicić jest wielki. Teraz okazał się jeszcze większy. Nasz trener dokonał czegoś wręcz niesamowitego. Mimo olbrzymich przeciwności losu poprowadził Anwil do kolejnego Mistrzostwa Polski. Obroniliśmy tytuł i to bezsprzecznie Milicić jest głównym architektem tego niewyobrażalnego sukcesu.

Milicić Mistrz PolskiFOTO: Karolina Choziak / ddwloclawek.pl

To był ciężki sezon dla „Rottweilerów”. Droga do tego wielkiego sukcesu była niezwykle wyboista. Przez długi czas walczyliśmy na dwóch frontach i natężenie spotkań było naprawdę wysokie. Mieliśmy mniej czasu na trening, a więcej było czystego grania. Ważniejsze jednak, że podczas sezonu drużyna przeszła prawdziwą rewolucję kadrową. Najpierw naszą ekipę wzmocnił Aaron Broussard, którego transfer okazał się przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę”. Zespół opuścili jednak Jakub Parzeński, Mateusz Kostrzewski, Vladimir MihailovićNikola Marković. W ich miejsce pojawili się Ivan Almeida, Olek Czyż czy Michał Ignerski. Początkowa koncepcja składu trenera Milicicia runęła i potrzebna była rewolucja. Takie olbrzymie zmiany w trakcie rozgrywek zawsze wiążą się ze sporym ryzykiem.

Na parkietach PLK nasz zespół radził sobie przyzwoicie, ale zdarzyło się kilka bardzo bolesnych wpadek. Na dodatek przez cały sezon borykaliśmy się z wieloma kontuzjami. Ciężko wymienić graczy Anwilu, którzy nie mieli żadnych problemów zdrowotnych.

Uważam również, że konkurencja stała na wyższym poziomie niż w poprzednich latach. Biorąc to pod uwagę oraz wspomniane wcześniej wpadki, Anwil zajął czwartą pozycję po sezonie zasadniczym. To było równoznaczne z bardzo ciężką drabinkąPlay-Off.

Najgorsze jednak, że nasza drużyna nie zachwycała swoją grą. Niby nie było źle, ale można było odnieść wrażenie, że czegoś tutaj brakuje. Dobiciem była kontuzja wykluczająca Josipa Sobina z Play-Off. Ta absencja tworzyła sporą dziurę pod naszym koszem. Dlatego wielu ekspertów obstawiało, że polegniemy już w pierwszej rundzie ze Stalą Ostrów Wielkopolski. Rywale mieli nas „zjeść” pod obręczą. Część wierzyła, że awansujemy do półfinału, ale na obronę tytułu mało kto liczył. Nic dziwnego, bo biorąc pod uwagę nakładające się na siebie czynniki, nie byliśmy faworytem. Podobno łatwiej zdobywa się Mistrzostwo niż broni, a my mieliśmy być tego przykładem.

Nadeszła jednak faza Play-Off. Zacznę od naszego pierwszego rywala. Stal grała naprawdę bardzo dobrze. Wspięli się wręcz na wyżyny swoich umiejętności. Mieli jednak pecha. Po drugiej stronie barykady stał Igor Milicić i jego Anwil. W PO nasza drużyna weszła na zdecydowanie inny poziom. Oglądaliśmy Anwil w nowym wydaniu, które było znacznie lepsze niż podczas sezonu regularnego. Ta drużyna cechowała się odpowiednim nastawieniem mentalnym i „mistrzowskim charakterem”. Machina Milicicia ruszyła. Problemy pod koszem? Nasz trener rozegrał taką partię taktycznych szachów, że wszystkie braki Anwilu zostały zamaskowane, a atuty uwypuklone. Stal padła w trzech meczach i awansowaliśmy do kolejnej rundy.

W półfinale zapowiadała się o wiele trudniejsza przeprawa. Naszym rywalem była Arka Gdynia. Nadmorska ekipa wyjątkowo nam nie leżała. Przegraliśmy z nimi trzy spotkania podczas sezonu i wydawało się, że mają na nas odpowiedź na każdej pozycji. Na tym etapie miał zakończyć się nasz marsz po złoto. Pierwsze dwa mecze faktycznie na to wskazywały, bo przegrywaliśmy 2:0. W trzecim spotkaniu nastąpiło jednak długo oczekiwane przełamanie. Kolejny mecz to „powtórka z rozrywki” i zrobiło się 2:2. Na decydujące starcie w Gdyni zawitała cała rzesza włocławskich kibiców. Fanatyczny doping poniósł naszych koszykarzy, ale początek był trudny. Arka rozpoczęła od 11:0

Wtedy Milicić strasznie mi zaimponował. Zachował spokój i nie prosił o przerwę. To był jasny komunikat w stylu: „Panowie, wierzymy w swoje umiejętności, nie panikujemy, mamy pomysł, więc gramy swoje”. Drużyna posłuchała. Konsekwentnie realizowaliśmy założenia taktyczne, aż wyrównaliśmy i przejęliśmy mecz. Spotkanie zakończyło się naszym zdecydowanym zwycięstwem, co oznaczało awans do wielkiego finału.

W walce o złoto naszym rywalem był Polski Cukier Toruń. Arka wydawała mi się mocniejszym przeciwnikiem, ale „Twarde Pierniki” dysponowały szerokim oraz ciekawym składem, a na dodatek przewaga parkietu była po ich stronie. Zapowiadała się ciężka przeprawa. Szczególnie że dość szybko Michał Ignerski został wyeliminowany z dalszej gry przez kontuzję. Nasza dziura pod koszem jeszcze bardziej się powiększyła. Na parkiecie jednak szło nam naprawdę dobrze. Objęliśmy prowadzenie w serii 2:1, a trzecie spotkanie wygraliśmy bardzo przekonująco.

kolejnym starciu zabił nas jednak wielki rzut Aarona Cela i Polski Cukier wyrównał. To mógł być moment zwrotny w tej serii. Szczególnie że nasi rywale „poszli za ciosem” i wygrali następny mecz. „Twarde Pierniki” znalazły się o krok od złota, a Anwil był pod ścianą.

Co na to Milicić? Kolejny raz wygrała konsekwencja i realizowanie planu. Trener wierzył w swój zespół i zaszczepił tę wiarę u zawodników. Weszliśmy na mistrzowski poziom mentalny, a jeśli dodamy do tego geniusz taktyczny Milicicia, to rezultat mógł być tylko jeden. Anwil pokazał swój charakter i wygrał dwa kolejne mecze. Tym samym przypieczętowaliśmy swoje kolejne mistrzostwo!

Aby osiągnąć ten sukces, przeszliśmy naprawdę ciężką drogę. Stawaliśmy „pod ścianą”, ale za każdym razem wychodziliśmy zwycięsko, bo mieliśmy po swojej stronie wielkim atut. Tym atutem był prawdziwy architekt naszego sukcesu, czyli trener Igor Milicić. Zostawmy sezon zasadniczy i skupmy się na Play-Off. W decydującej fazie rozgrywek oglądaliśmy zupełnie inny Anwil. Podziwialiśmy drużynę, która była pewna swoich możliwości i charakteryzowała się mistrzowskim charakterem. Drabinkę mieliśmy bardzo ciężką, ale tutaj znowu Milicić wyszedł na pierwszy plan i po prostu zjadł taktycznie swoich przeciwników. Zarówno trener Wojciech Kamiński, Przemysław Frasunkiewicz, jak i Dejan Mihevc nie sprostali pomysłom naszego szkoleniowca. Nasze wielkie braki były idealnie maskowane. Wydawało się, że Anwil cały czas jest krok przed konkurencją. Milicić był gotowy na każdy pomysł rywali. Nasza drużyna miała plan i odpowiednie nastawienie. To wszystko idealnie działało i zaprowadziło nas na szczyt.

Igor Milicić kolejny raz udowodnił, że jest WIELKI. NAJWIĘKSZY. Był prawdziwym architektem tego niesamowitego sukcesu. Opracował plan, który zakładał wiele różnych wariantów i zaszczepił wśród zawodników wiarę w ten plan. Założenia były tak genialne, że przeciwności losu, które nas spotkały, w niczym nie przeszkodziły. Tak naprawdę prawdziwym MVP nie tylko finałów, ale całych Play-Off powinien zostać właśnie Milicić. Bez geniuszu naszego przywódcy ten sukces nie byłby możliwy.

Igor to młody trener, który cały czas rozwija swój warsztat. Uważam, że przełomowym momentem w jego karierze trenerskiej była ćwierćfinałowa porażka z Czarnymi Słupsk2017 roku. To był bardzo ciężki moment dla anwilowskiej społeczności. Milicić wyciągnął wnioski z tej bolesnej lekcji i z roku na rok stawał się lepszym trenerem. Igor jest doceniany już nie tylko w Polsce, ale jego nazwisko odbija się coraz większym echem w całej Europie. Możemy być dumni, że taka postać jest w naszych szeregach!

Pochodzący z Chorwacji szkoleniowiec jest dla mnie LEGENDĄ włocławskiej koszykówki. Anwil ma na swoim koncie trzy Mistrzostwa Polski, a każde z udziałem Milicicia. Dlatego uważam, że powinien zostać w odpowiedni sposób doceniony. Symbolicznie koszulka Igora z #5 (grał z tym nr w 2003 roku) powinna powędrować „pod dach”. Tam jest miejsce dla włocławskich LEGEND.

Igor jest większy niż rok temu, ale cały czas wierzę, że czeka nas jeszcze wiele radosnych momentów pod wodzą tego niesamowitego architekta sukcesów!

Jedna odpowiedź do “Architekt Milicić”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.