Igor II Wielki

Włocławek ma szczęście do Igorów. Szczególnie jeśli urodzili się 9. czerwca. Najpierw Griszczuk przez lata budował tutaj swoją markę i uzyskał status niepodważalnej legendy. Obecnie Milicić kroczy podobną ścieżką. Już zapisał się na kartach historii naszego klubu złotym tuszem, a może być jeszcze lepiej.

Igor MilicićFOTO: http://ksturow.eu

Igor Milicić swoją przygodę z Anwilem rozpoczął w magicznym sezonie 2002/2003. W trakcie rozgrywek został sprowadzony jako rezerwowy rozgrywający. Mimo że wchodził z ławki, to był ważną częścią ekipy Andreja Urlepa, która sięgnęła po historyczne Mistrzostwo Polski. Z Griszczukiem nie biegał razem po parkiecie, bo ten zakończył zawodniczą karierę rok wcześniej. Był jednak asystentem Urlepa, więc dwóch Igorów bardzo dobrze się poznało.

Po tym wielkim sukcesie rozłąka Milicicia z Włocławkiem trwała aż 12 lat. Przez ten czas Chorwat zdążył zakończyć karierę zawodniczą i zostać trenerem. Jako szkoleniowiec debiutował w sezonie 2014/2015 prowadząc AZS Koszalin. Drużyna notowała świetne wyniki, ale z różnych względów Milicić stracił pracę jeszcze przed zakończeniem rozgrywek.

Gdy Milicić stawiał swoje pierwsze kroki na trenerskiej ławce, we Włocławku przeżywaliśmy ogromny kryzys. Anwil po raz pierwszy w swojej bogatej historii nie zdołał zakwalifikować się do fazy Play-Off. Nasza koszykówka znalazła się na ostrym zakręcie. Rozpoczął się poważny program naprawczy, którego pierwszym etapem było zatrudnienie Milicicia w roli głównego szkoleniowca. Teraz wiemy, że był to przysłowiowy „strzał w dziesiątkę”.

Pierwsze skojarzenie, jakie mam odnośnie pracy Milicicia w Anwilu, to przywrócenie koszykarskiej magii we Włocławku. Basket zawsze miał silne fundamenty w naszym mieście, ale troszkę zostało to zagubione. Za panowania Milicicia znowu pojawiły się kolejki przed wejściem do Hali Mistrzów, a osoby, których bym o to nie posądzał, zaczęły chętnie mówić o koszykówce. Miasto odzyskało swoje serce, które ponownie bardzo mocno zaczęło bić. Ludzie chcieli oglądać tę drużynę. Milicić otoczył się zawodnikami, którzy byli często skreśleni w innych miejscach lub mieli różne problemy, a nasz trener przywrócił ich na koszykarskie salony i wydobył maksimum umiejętności. Apetyt zaostrzył pierwszy mecz sezonu 2015/2016. Na własnym parkiecie podejmowaliśmy Rosę Radom. Sytuacja Anwilu była już wręcz dramatyczna, ale trener obudził u swoich zawodników pokaźne dawki charakteru i Anwil zdołał odwrócić losy tego pojedynku na swoją korzyść. To była prawdziwa magia i dzień, w którym narodziła się charakterna ekipa Milicicia.

Sezon 2015/2016 okazał się bardzo udany dla Anwilu. Szczególnie porównując z piekłem wcześniejszych rozgrywek. Nasza drużyna znowu zaczęła być zaliczana do ligowej czołówki. Z własnego parkietu uczyniliśmy prawdziwą Twierdzę Włocławek. W sezonie regularnym każdy zespół, który nas odwiedzał wracał „na tarczy”. Dotarliśmy do półfinału Play-Off, gdzie los zetknął nas z Rosą Radom. Pamiętam falę pozytywnych uczuć, która mnie nawiedziła, gdy wygraliśmy pierwszy mecz na wyjeździe. Nadzieje włocławskich kibiców strasznie się rozbudziły. Niestety, życie szybko to zweryfikowało i pozostała walka o brązowy medal. Tam jednak ulegliśmy Czarnym Słupsk i zakończyliśmy zmagania na czwartej pozycji. W końcówce sezonu z Anwilu jakby uleciało powietrze, ale brak medalu nie został przyjęty z jakimś wielkim żalem. Wszyscy chyba wiedzieli, że to był pierwszy krok do odbudowy Wielkiego Anwilu.

Koszykarska magia wróciła do Włocławka, a wokół klubu panowała dobra atmosfera. Mimo że nie udało się zdobyć „krążka”, to z pracy Milicicia raczej wszyscy byli zadowoleni, więc zatrzymanie Chorwata na dotychczasowym stanowisku było tylko formalnością. Igor, mimo że cały czas jest początkującym trenerem, zaskakiwał stosowanymi rozwiązaniami taktycznymi. Szczególnie jeśli chodzi o grę defensywną. Wielu sympatyków koszykówki bardzo na to narzekało (i narzeka nadal), a „śmieszkowanie” z biegania po strzałkach stało się wręcz kultowe. Wyniki jednak mówią swoje, a poza tym wiele razy reprezentanci obozów rywali chwalili w mediach tę zawiłość systemów Milicicia.

W kolejnych rozgrywkach Anwil wydawał się jeszcze mocniejszy. Z sezonu regularnego wycisnęliśmy maksimum. Niespodziewanie nasz zespół zakończył zmagania na pozycji lidera. Osiągnęliśmy taki sukces dopiero po raz drugi w historii. To był swego rodzaju szok i jeden z trzech medali wydawał się wręcz pewniakiem. W Play-Off trafiliśmy na Czarnych. Rywal niewygodny, ale to my byliśmy na szczycie, a oni zajmowali dopiero ósme miejsce. Na dodatek w słupskiej ekipie zaczęły wypływać wewnętrzne problemy. Wynik tej konfrontacji wydawał się jasny do przewidzenia. Sport kolejny raz jednak zaskoczył… Wydarzyła się katastrofa, którą zapewne wszyscy dobrze pamiętamy. To była wręcz KOMPROMITACJA w wykonaniu Anwilu. Trener Milicić popełnił sporo błędów w tej serii. Nie czas i miejsce jednak, aby to roztrząsać i analizować. Najważniejsze, że chorwacki szkoleniowiec wyciągnął wnioski z tego „słupskiego lania”.

Po tej wielkiej wpadce nad Miliciciem oraz kierunkiem rozwoju Anwilu pojawiły się bardzo czarne i gęste chmury. Zdania były bardzo podzielone. Nie mówię nawet o osobach decyzyjnych, ale o zwykłych sympatykach. Niektórzy chcieli Igora polać smołą i obsypać pierzem, a na koniec wywieźć na taczkach poza granice miasta. Inni wierzyli w zasadę „do trzech razy sztuka”. Widzieli pozytywy w pracy Chorwata i chcieli dać mu ostatnią szansę. Ostatecznie zwyciężyła druga opcja. Milicić znalazł się jednak pod wnikliwą obserwacją i niektórzy tylko czekali na najdrobniejsze potknięcie, żeby wylać na niego wiadro pomyj.

Historii minionego sezonu nie trzeba wnikliwie przypominać. Takich rozgrywek nie sposób zapomnieć. Zaczęliśmy od zdobycia Superpucharu, a sezon regularny ponownie zakończyliśmy na pozycji lidera. Tym razem jednak Igor Milicić miał pełną świadomość „z czym się je” fazę Play-Off. W związku z tym w odpowiednim momencie zmienił program treningowy. Efektem była słabsza forma zespołu i zaliczenie kilku niespodziewanych porażek. Wszystkiemu jednak przyświecał cel zbudowania najwyższej formy na decydujące mecze. Założenie udało się zrealizować i wszyscy szybko zapomnieli o słabszej dyspozycji Anwilu z końcówki sezonu zasadniczego.

W PO toczyliśmy prawdziwe batalie na śmierć i życie. W półfinale ze Stelmetem Zielona Góra wydawało się, że jesteśmy już „pod ścianą”, ale Milicić zdołał wycisnąć niemal maksimum ze swoich podopiecznych. Przed czwartym spotkaniem, które było rozgrywane na wyjeździe, przegrywaliśmy 1:2. Nasz szkoleniowiec zorganizował spotkanie całego zespołu, ale bez rozmów o koszykówce. Sam żyje basketem 24/7, ale nauczony przykrym doświadczeniem wiedział, że czasami lepiej oczyścić umysły. Wyrwaliśmy ten mecz, ale w decydującym starciu i tak znaleźliśmy się w tragicznym położeniu. Magiczna przerwa na żądanie i słynne „we wanna steals” zrobiły jednak swoje i byliśmy świadkami koszykarskiego cudu. Po niesamowitym wyeliminowaniu Stelmetu już czuliśmy się jak Mistrzowie i dlatego ciężko było wejść na odpowiedni poziom psychiczny w wielkim finale ze Stalą Ostrów Wielkopolski. Milicić jednak znowu tego dokonał i dzięki temu puchar mistrzowski drugi raz w historii trafił w nasze ręce.

Bez wątpienia, to właśnie Milicić jest głównym ojcem „anwilowskiego” sukcesu. Miał we Włocławku trzy lata prób, które zwieńczył olbrzymim triumfem. Dodam, że to był sukces wręcz ponad miarę. To nie była trzyletnia autostrada do złoto. To była droga pełna wybojów, gdzie nie brakowało rzucanych kłód. Milicić jednak zapanował nad tym wszystkim. Wykonał kawał świetnej roboty i nikt mu tego nie odbierze. Nie można już mu również na siłę wytykać błędów, bo obronił się wynikami.

Jak już wspomniałem, Igor jest młodym trenerem, który dopiero uczy się tego trudnego fachu. Cały czas na pewno popełnia błędy, ale koszykówka to jednak całe jego życie i bezustannie rozwija się w tym zawodzie. Potrafi wyciągać wnioski z własnych błędów, co jest bardzo ważne. Oprócz przykładów, które już przytoczyłem, warto zwrócić uwagę np. na budowę składu. W pierwszym sezonie jego pracy nie mieliśmy zbyt dużej siły pod koszem, więc przed kolejnymi rozgrywkami wzmocniliśmy tę formację. Później „wyciekła” za mała fizyczność zespołu, więc ten aspekt również został zmieniony. Milicić potrafi przekonać do swojej filozofii koszykarzy i wyciągnąć z nich maksimum. Nawet z graczy po przejściach lub skreślonych w innych zespołach. Na dodatek, cały czas czerpie najlepsze wzorce od czołowych trenerów europejskich i dzięki temu wprowadza innowacyjne rozwiązania taktyczne. Niektóre mogły szokować czy wręcz denerwować, ale przypomnę, że to Anwil jest aktualnym Mistrzem Polski, więc wszystkie zastrzeżenie proponuję schować do kieszeni. Taki trener to po prostu prawdziwy skarb.

Formalnością wydawało się przedłużenie kontraktu z mistrzowskim trenerem. Strony rzeczywiście osiągnęły porozumienie i Milicić w kolejnym sezonie ponownie będzie prowadził Anwil. Jeśli wywalczy medal, to umowa zostanie przedłużona na jeszcze kolejne rozgrywki. Teraz przed Chorwatem czas na nowe wyzwania. Będzie musiał zmierzyć się z zasadą „bij mistrza” oraz godnie zaprezentować na europejskiej arenie. Najpierw musi jednak skompletować mocny skład, a na razie idzie to troszkę „pod górkę”. Milicić udowodnił nam już jednak, że warto mu zaufać, więc proponuję tak właśnie zrobić i cierpliwie czekać na efekty.

To będzie czwarty sezon Milicicia na ławce trenerskiej Anwilu. Jeśli po drodze nie wydarzy się nic niespodziewanego i dotrwa do końca rozgrywek, to kolejny raz przejdzie do historii. Do tej pory najdłużej w naszym klubie pracował Andrej Urlep. Słoweniec również zdobył Mistrzostwo Polski i pracował w naszym klubie przez cztery sezony. Czy z Miliciciem będzie podobnie? Liczę, że zdetronizuje Urlepa i tak naprawdę, to dopiero początek jego pięknej przygody z Anwilem. W ten sposób stworzy swoją własną, niepowtarzalną legendę.

Jedna odpowiedź do “Igor II Wielki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.