Przed nami mecz z AEK Ateny w Lidze Mistrzów. Anwil jeszcze nigdy nie grał z tym zespołem, ale w przeszłości rywalizowaliśmy z innymi greckimi ekipami. Po raz pierwszy taka sytuacja miała miejsce w sezonie 1995/1996. Wówczas w jednej grupie FIBA European Cup znalazł się Nobiles oraz PAOK Saloniki.
Listopad za nami i znowu nie był to dobry miesiąc dla Anwilu. Niezłe mecze przeplataliśmy z żenującymi występami. Blamaże ze Stelmetem Zielona Góra czy HydroTruckiem Radom bolą do dzisiaj, ale za to cieszą ważne zwycięstwa w Lidze Mistrzów.
Nie ukrywam, że miałem spory problem z wyborem MVP za ten miesiąc. Kilku zawodników aspirowało o ten tytuł, ale tak naprawdę żaden całkowicie mnie do siebie nie przekonał. Decyzja była ciężka, ale ostatecznie to wyróżnienie otrzymuje Chris Dowe.
MKS Dąbrowa Górnicza przeżywa obecnie spore problemy kadrowe. Przed wizytą w Hali Mistrzów musieli sięgnąć po najgłębsze rezerwy. Dlatego raczej mało kto wierzył, że są w stanie sprawić niespodziankę. Anwil swoją postawą na parkiecie potwierdził te przewidywania. Mam wrażenie, że bez większego wysiłku, w tempie raczej spacerowym, zmiażdżyliśmy swoich rywali 112:88.
Po meczu z Rasta Vechta, oprócz mizernej gry Anwilu, niespodziewanie sporo komentarzy wywołał jeszcze jeden temat. Chodzi o włocławskich kibiców, a właściwie ich… ubiór!
Do Niemiec wybrała się spora grupa fanów Anwilu i przez całe spotkanie głośno dopingowała nasz zespół oraz zaprezentowała ciekawą oprawę. Znaczna większość ekipy wyjazdowej ubrana była w jednakowe, zielone koszulki i właśnie ten fakt wywołał małą burzę w internecie. Można było natrafić na opinie mówiące o tym, że ten kolor jest mało „anwilowy”. To dla mnie taki mały pretekst, aby poruszyć temat, który męczy mnie już od dawna.
Niespodzianki nie było i Anwil odniósł zwycięstwo w kolejnej odsłonie „Świętej Wojny”. Droga do tego celu nie należała jednak do łatwych. Trzeba przyznać, że Śląsk Wrocław zagrał bardzo ambitnie i przez długi czas „trzymał się w grze”.
Koszykarska „Święta Wojna”, czyli konfrontacja Anwilu ze Śląskiem Wrocław. Jeden z największych klasyków w historii PLK. Przez lata te mecze ekscytowały fanów w całej Polsce i decydowały o rozkładzie sił w naszej lidze. Przed obecnym sezonem wrocławianie wykupili „dziką kartę” i wrócili do elity, a tym samym powraca to legendarne starcie.
„Święta Wojna” obfituje w świetne historie i dlatego postanowiłem przypomnieć kilka z nich. Zestawienie jest w pełni subiektywne i skupiłem się na czasach, które sam doskonale pamiętam.
Anwil, po raz pierwszy w swojej bogatej historii, wygrał na tureckiej ziemi. W ubiegłym sezonie dzielnie walczyliśmy, ale nie udało się zdobyć Bandirmy. Przy kolejnym podejściu gospodarze jednak nam ulegli. Teksut przegrał na własnym parkiecie 86:87. Gra „Rottweilerów” może nie zachwycała, ale najważniejsza jest niezwykle cenna wygrana. Szczególnie że radziliśmy sobie bez kontuzjowanego Michała Sokołowskiego.
Wydawało mi się, że powtórzenie blamażu takiego jak z Treflem jest wręcz niemożliwe przez najbliższe kilka lat. Jak bardzo się myliłem… Anwil kolejny raz zaskoczył. Do Włocławka przyjechała ekipa HydroTruck Radom i zdobyła naszą twierdzę, która w obecnym sezonie bardziej przypomina „dom z papieru”. Znowu totalnie zawaliliśmy ostatnie minuty i mecz zakończył się wynikiem 78:82. Michał Sokołowski i Tony Wroten nie byli tego dnia do dyspozycji trenera, ale to nas nie usprawiedliwia w żaden sposób. Bez obrazy, ale takiego rywala, na własnym terenie, powinniśmy łatwo ograć niezależnie od okoliczności.
Anwil odniósł swoje drugie zwycięstwo w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Do Włocławka zawitała belgijska ekipa Telenet Giants Antwerpia i musiała uznać wyższość „Rottweilerów”. Goście jednak dzielnie walczyli i spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 80:71.
O to właśnie chodzi! Do Włocławka zawitała ekipa z dolnych rejonów tabeli, GTK Gliwice, i zebrała „srogie baty”. Bez niepotrzebnej nerwówki, a za to z wyraźną dominacją. Tak powinno być za każdym razem, gdy ekipy tego pokroju odwiedzają Halę Mistrzów. Anwil zmiażdżył swoich rywali i zwyciężył aż 118:74.