Złote dinozaury

Kariera sportowca nie trwa wiecznie. Przychodzi taki moment, gdy ciało nie pozwala już walczyć na najwyższym poziomie. W minionym sezonie Anwil miał w swoich szeregach dwóch prawdziwych weteranów. Szymon SzewczykMichał Ignerski kończą w tym roku odpowiednio 3739 lat. Na parkiecie udowodnili jednak, że wiek to tylko cyfry. Panowie są po prostu ulepieni „z innej gliny”, a konkretnie to ze złota.

Szewczyk IgnerskiFOTO: Paweł Czarniak / pomorska.pl

Michał Ignerski zawitał do nas na zakończenie okna transferowego i ten transfer był dla mnie sporym zaskoczeniem. Został najstarszym graczem w historii Anwilu. Wielkie nazwisko, ale od kilku lat był daleko od poważnej koszykówki. Zapragnął jednak na nowo poczuć tę adrenalinę z poziomu parkietu. Przed rokiem gościł na historycznym meczu ze Stelmetem i chyba to wydarzenie rozbudziło w nim wspomnianą tęsknotę. Wiedział, że najlepszym miejscem pod względem emocji jest Włocławek i dlatego zdecydował się na nasz klub. Historia o przekazywaniu pensji na cele charytatywne dowodzi, że jest nie tylko wielkim koszykarzem, ale również człowiekiem.

Od Ignerskiego nie oczekiwałem zbyt wiele. W moim odczuciu miał być tylko zapleczem. Rozszerzeniem polskiej rotacji. Pierwsze mecze pokazały, że ma wielkie doświadczenie i umiejętności, ale brakuje ogrania. Z czasem było jednak lepiej. Prawdziwy test nadszedł, gdy tuż przed Play-Off kontuzja wyeliminowała Josipa Sobina. Rola Ignerskiego wówczas automatycznie wzrosła. Sytuacja wymusiła wystawianie „Ignera” jako centra, a to przecież nie jest jego nominalna pozycja, ale w pełni zrealizował wytyczne trenera. W obronie miewał problemy z silnymi podkoszowymi rywali, ale w ataku potrafił wnieść sporo dobrego. Dzięki jego umiejętnością mogliśmy rozciągać grę i korzystała na tym cała drużyna. W trzecim meczu ze Stalą Ostrów Wielkopolski zdobył nawet 15 punktów, trafiając trzykrotnie „zza łuku”.

Od Ignerskiego nie oczekiwałem zbyt wiele, ale ten weteran dołożył coś ekstra i kolejny raz w swojej bogatej karierze bardzo mi zaimponował.

Niestety, „Igi” nie dokończył sezonu. Jak zapewne wszyscy pamiętamy, podczas drugiego meczu finałowego w bardzo efektowny sposób zdobył punkty, ale niefortunnie upadł na parkiet. To zakończyło się poważną kontuzją. Anwil zdołał wywalczyć Mistrzostwo Polski bez jego udziału, ale myślę, że zrobili to też dla niego. Ignerski miał spory wkład w ten sukces nie tylko na boisku, ale również w szatni. Przez całą fazę Play-Off był bardzo ważnym punktem w naszej rotacji. Co więcej, jest to pierwszy mistrzowski tytuł w jego bogatej karierze. Powrót Ignerskiego do Anwilu to cudowne zwieńczenie kariery, ale również świetny scenariusz na film. Ja mam jednak nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Nie mam nic przeciwko, aby po wyleczeniu kontuzji ponownie przywdział koszulkę „Rottweilerów”, bo cały czas drzemie w nim wielka chęć do gry i spore umiejętności.

Kolejnym naszym dinozaurem jest Szymon Szewczyk. Gdy przed sezonem przedłużył kontrakt z Anwilem, to spotkałem się z opiniami, że nie ma ambicji, bo będzie dopiero trzecim centrem. Parkiet jednak szybko zweryfikował tę tezę. Jakub Parzeński nie miał nawet startu do weterana, który rozgrywał solidny sezon. Prawdziwy ciężar spadł na barki „Szewca” w momencie wspomnianej kontuzji Josipa Sobina. To wydarzenie sprawiło, że Szewczyk został naszą pierwszą opcją podkoszową.

W zaistniałej sytuacji podkoszowi przeciwnych drużyn mieli nas „zjeść”, ale nasz weteran miał inną wizję. „Szewcu” wykonał wręcz tytaniczną pracę, walczył jak lew i nie pozwolił wejść sobie na głowę. Natężenie meczów było ogromne, ale Szewczyk nie odpuszczał. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy z gry wypadł Michał Ignerski, ale drugi z naszych dinozaurów ponownie „stanął na wysokości zadania”. Mam wrażenie, że odnalazł w sobie drugą młodość, bo nie tylko walczył „na deskach” czy raził rywali z dystansu, ale potrafił również bardzo odważnie i efektownie zaatakować kosz. Okazał się dinozaurem, który cały czas potrafi latać. W czwartym meczu finałowym spędził na parkiecie aż 37 minut. Ostatnie takie spotkanie rozegrał w czasach, gdy biegał jeszcze po parkietach włoskiej Serie A. Szewczyk zaprzeczył stereotypom, bo to naprawdę niezwykłe osiągnięcia jak na taki wiek koszykarza.

Niespodziewanie sytuacja tak się ułożyła, że w najważniejszej fazie sezonu Szewczyk został naszą niemal jedyną siłą podkoszową. W dużej mierze dzięki jego zaangażowaniu możemy teraz cieszyć się z kolejnego złota. Mówiąc kolokwialnie – odwalił kawał dobrej roboty. „Szewcu” cały czas ma ważny kontrakt z Anwilem i nie biorę pod uwagę żadnych dziwnych zawirowań. Nie wyobrażam sobie, aby ten dinozaur ponownie nie reprezentował naszych barw. Chcę znowu oglądać, jak niszczy rywali swoją walecznością oraz doświadczeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.