Wyszarpaliśmy!!!!

Anwil kolejny raz zafundował nam prawdziwy horror. Ostrów Wielkopolski rzeczywiście okazał się bardzo ciężkim terenem. Nie tylko jeśli chodzi o specyficzną halę, ale przede wszystkim przez warunki, jakie postawiła drużyna Stali. Przez trzy kwarty mieliśmy pod górkę, ale ponownie zadecydowała ostatnia odsłona spotkania. Wyrwaliśmy niezwykle cenne zwycięstwo, odzyskaliśmy przewagę parkietu i prowadzimy 2:1 w finałowej serii.

Od początku spotkania stroną dominującą byli gospodarze. Wydawało się, że Emil Rajkovikj kolejny raz świetnie przygotował swoich chłopaków. Niezwykle szczelnie bronili, a na dodatek celnie rzucali. Odblokowali swoją skuteczność, którą nie grzeszyli podczas spotkań rozgrywanych we Włocławku. Właśnie rzuty trzypunktowe tworzyły największą różnicę w tym meczu. Poza tym, o wiele większą aktywność wykazali gracze z dalszego planu.

Anwil miał „pod górkę”. Mieliśmy spore problemy z kreowaniem czystych pozycji. Momentami graliśmy trochę chaotycznie i na siłę. Skuteczność również nie była naszą mocną stroną.

Po trzech kwartach na tablicy widniał wynik 71:58. Wydawało się, że dobrze zmotywowana Stal już tego nie wypuści. Oprócz naprawdę dobrze grającego rywala miałem wrażenie, że jeszcze ostro „wiatr wieje nam w oczy”. Rzut Tomasza Ochońki z granic administracyjnych miasta, przebudzenie Michała Chylińskiego, pierwsza trójka Grzegorza Surmacza w tych finałach, jakieś techniki dla nas, przestrzelony wsad Ivana Almeidy itd. No po prostu nam nie szło. Nadeszła jednak czwarta kwarta, czyli czas Wielkiego Anwilu.

Igor Milicić już nas przyzwyczaił, że w tych Play-Offach nasza drużyna walczy do końca. Tak samo było w Ostrowie Wielkopolskim. Na czwartą kwartę Anwil wyszedł niezwykle zmotywowany oraz z wielką wiarą w końcowy sukces. Zaostrzyliśmy obronę, a nasz specjalista od tego elementu, Quinton Hosley, znowu stanął na wysokości zadania. Świetnie wykorzystuje te swoje długie ręce i czyta grę. Rywale nie mają z nim łatwej przeprawy. Dzięki dobrej defensywie zyskaliśmy sporo luzu w ataku. Wspomniany „Pan Q” uaktywnił się również po drugiej stronie parkietu, a ważne „trójki” trafiali Kamil Łączyński czy Jarosław Zyskowski. Taka poprawa naszej gry zaowocowała tym, że Stal się pogubiła i wyszliśmy na prowadzenie. Nie obyło się jednak bez nerwówki do ostatnich sekund. Wytrzymaliśmy jednak napięcie, a troszkę zagotował się słabo grający tego dnia Stephen Holt (głupia strata w ostatnich sekundach) i dzięki temu Anwil odniósł cenne zwycięstwo na terenie rywala.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w tej czwartej kwarcie fortuna się do nas troszkę uśmiechnęła. Stal trafiała tego dnia naprawdę wielkie rzuty, ale w decydującej odsłonie coś się zacięło. Kilka razy świetnie rozbijali nasz pressingi i kreowali sobie czyste pozycje, ale tym razem piłka nie chciała trafiać do celu. Wystarczy nawet spojrzeć na ostatni rzut Mateusza Kostrzewskiego, który mógł doprowadzić do dogrywki. Mam wrażenie, że w tej serii „Kostek” zaliczał już bardziej skomplikowane trafienia, a tym razem przestrzelił. Takie niepowodzenia rywali tylko nas nakręcało. Stal nie potrafiła nam podciąć skrzydeł jakimś trafieniem przerywającym naszą serię punktową. A jak wiadomo, Anwil na fali, to Anwil baaardzo ciężki do zatrzymania.

Jak do tej pory każdy mecz w tej serii ma innego bohatera. Tym razem, bez wątpienia, został nim Jarosław Zyskowski. „Czapki z głów” przed wychowankiem Śląska Wrocław. „Zyziu” przez cały mecz grał bardzo pewnie i skutecznie. Szukał luk w defensywie rywali i odważnie wkręcał się pod kosz. Jego ekwilibrystyczne rzuty niemal zawsze lądowały w koszu. Dołożył również bardzo ważne trafienie z obwodu w czwartej kwarcie na remis, gdy kończył się nam czas. Zyskowski był wielki!

Bardzo ważne trafienia zaliczył również Kamil Łączyński. „Łączka” ma zakorzeniony ten instynkt zabójcy. Ma jednak również tendencje do „podpalania się”. Trafił jedną trójkę w czwartej kwarcie, a w kolejnej akcji chciał poprawić kolejną. Nie była to jednak akcja w żaden sposób przygotowana. Do końca pozostawała minuta, prowadziliśmy jednym punktem, a Łączyński oddał bardzo pochopny rzut. W odpowiedzi rzutem z dystansu poczęstował nas Holt i sytuacja dość znacznie się skomplikowała. Dobrze, że wyrwaliśmy to zwycięstwo i można śmiało zapomnieć o tej sytuacji. Na kapitana też lepiej patrzmy przez pryzmat celnych trójek i niezwykłej waleczności nawet pod samym koszem przy zdecydowanie wyższych rywalach. Udał nam się ten kapitan.

Kolejny raz duży problem mieliśmy z fundamentem koszykówki, czyli rzutami wolnymi. Josip Sobin przestał już zaskakiwać i tym razem zanotował rażące po oczach 0/6 z linii. Reszta zespołu wcale jednak nie nadrabiała braków Chorwata. Miałem obawy, że na koniec meczu te małe punkciki mogą być na wagę złota. Na szczęście w ostatniej minucie meczu Ivan Almeida oraz Kamil Łączyński rzucali wolne bezbłędnie i mogliśmy cieszyć się z tego zwycięstwa. W całym meczu zanotowaliśmy jednak tylko 19/31, czyli 61%. Do poprawy!

Wyszarpaliśmy to zwycięstwo! Podkreślę, bardzo ważne zwycięstwo. Przewaga parkietu znowu jest po naszej stronie i jesteśmy w połowie drogi do spełnienia wielkiego marzenia. Ciekawe jest to, że w drugim meczu, to Stal wyrwała nam zwycięstwo, a teraz role zostały odwrócone. Na pewno nie można narzekać na brak emocji w tym finale, a do końca jeszcze daleka droga. Oby moje serce to wytrzymało ;).

Jedna odpowiedź do “Wyszarpaliśmy!!!!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.