Waleczna Stal

W czwartym meczu finałowym nie brakowało emocji. Zawodnicy obydwu drużyn robili, co tylko mogli. Niestety, nie brakowało również sytuacji mało koszykarskich, które wręcz wybiły się na pierwszy plan wśród internautów. W takich warunkach, mimo problemów kadrowych, bardziej waleczna okazała się Stal i wynik serii finałowej został wyrównany.

Stal_AnwilFOTO: Andrzej Romański / plk.pl

To był prawdziwy mecz walki. Ostrowianie, mimo porażki we wcześniejszym spotkaniu, byli niezwykle zmotywowani. Nie odpuszczali nawet na moment. Bardzo dużą wagę przyłożyli do obrony oraz walki na tablicach. Takie założenie przyniosło pożądany efekt. Anwil miał spore problemy ze swobodnym konstruowaniem akcji, a „na deskach” było jeszcze gorzej. Przegraliśmy zbiórki aż 34:23. Gospodarze pozwolili zgarnąć nam zaledwie 2 piłki z atakowanej tablicy. To tworzyło różnicę.

Tak grająca i walcząca Stal dodatkowo nakręcana była siłą ofensywną Stephena Holta. Amerykanin wcielił się w lidera i odpalał swoje rzuty niczym pociski z jakiegoś karabinu. Holt był tego dnia najlepszym strzelcem na parkiecie. Zdobył 20 pkt, a w tym 5×3.

W głównej mierze dzięki wspomnianym czynnikom Stal w pewnym momencie zaczęła uciekać z punktami. Na lekko ponad 7 minut przed końcową syreną było 65:51. Przewaga dość spora, ale Anwil nie byłby Anwilem, gdyby nie rzucił się do odrabiania strat. Pokazaliśmy kilkukrotnie w tych PO, że każdą przewagę można zniwelować i tym razem również spróbowaliśmy. Zaczęliśmy agresywniej bronić i pewniej grać w ataku. Bardzo ważne „trójki” odpalili Kamil Łączyński oraz Jarosław Zyskowski. Zniwelowaliśmy stratę do zaledwie jednego „oczka” i wszystko wskazywało na kolejną, udaną pogoń Anwilowców. Niestety, zawiódł u nas fundament koszykarskiego rzemiosła. Ivan Almeida przestrzelił dwa rzuty wolne, które mogły zmienić obraz meczu. W odpowiedzi Marc Carter trafił za dwa, a w kolejnej akcji Jaylin Airington rzucił tylko 1/2 z linii. Przez większość spotkania wykonywaliśmy osobiste na naprawdę dobrym poziomie, a w decydujących momentach taka wpadka. Wielokrotnie powtarzałem, jak ważny jest to czynnik w koszykówce, a ten mecz to potwierdził.

Mieliśmy jeszcze swoją ostatnią akcję przy -2 i Igor Milicić nakazał grać „va banque”, czyli rzucać za trzy na zwycięstwo. Plan dobry, ale zabieraliśmy się do tego „jak pies do jeża”. Ostatecznie mądrze w defensywie zachowali się Michał Chyliński oraz Mateusz Kostrzewski i nic z naszej akcji nie wyszło.

Ostatnie minuty wygraliśmy 4:16, ale do odniesienia zwycięstwa to nie wystarczyło.

Szkoda… wielka szkoda… Ten mecz był do wyciągnięcia. Nawet bardziej niż ostatecznie wygrane przez nasz zespół trzecie starcie. Zabrakło niewiele do wielkiego szczęścia. Stal walczyła, zaciekle broniła i zbierała, ale i tak była do pokonania. To była wielka szansa i możemy tylko pluć sobie w brodę, że jej nie wykorzystaliśmy. Szczególnie że gospodarze w trakcie spotkania stracili dwóch niezwykle ważnych graczy. Najpierw Adam Łapeta nabawił się kontuzji kostki, a następnie głupotą popisał się Aaron Johnson

O starciu Almeida vs. Johnson już chyba wszyscy wszystko napisali. Internet żyje tą sprawą. Co ciekawe, zdania są podzielone. Sekwencja tego zdarzenia zaczęła się od tego, że Johnson w cudowny sposób został zablokowany przez Ivana i chyba troszkę się sfrustrował. „Generał” nie grał dobrze w tym spotkaniu, a ten „gwóźdź” przelał falę goryczy. Po udanym bloku ruszyliśmy z kontrą. Johnson przykrył Almeidę i był tak nakręcony, że dość zdecydowanie wypchnął naszego zawodnika za pole gry. „El Condor” upadł, ale szybko wstał i szturchnął Johnsona łokciem w plecy. W tym momencie zabrzmiał gwizdek sędziowski, bo faulowany był Airington na obwodzie, a Johnson wyłączył mózg i wypłacił Ivanowi cios łokciem w głowę! Tak to wyglądało w moich oczach.

To spotkanie obfitowało w wiele twardych zagrań, ale to już było przegięcie! Sędziowie długo debatowali po tym zdarzeniu i ostatecznie Almeida otrzymał faul niesportowy, a Johnson dyskwalifikację i musiał opuścić plac gry. Moim zdaniem nic nie tłumaczy działania Amerykanina. Wymierzył rywalowi łokieć w głowę i to w momencie, gdy gra była przerwana. To MMA czy koszykówka? Rozumiem, że Johnson był sfrustrowany, ale jeśli jest zawodowcem, to nie może sobie pozwolić na takie zachowanie. Niezależnie, co Almeida by mu nie zrobił, to musi zachować spokój. Koszykarz na takim poziomie nie może dać się sprowokować. Johnson sam jest mistrzem „chwytania by sędzia nie widział”, więc tym bardziej dziwi mnie, że w tak głupi sposób uzewnętrznił swoją agresję.

Podejrzewam, że nasza „wspaniała” liga nic z tym nie zrobi, ale uważam, że Johnson powinien zostać „nagrodzony” jakąś dyskwalifikacją. Jeśli tak się nie stanie, to znaczy, że do poważnej koszykówki jeszcze naprawdę dużo nam brakuje.

Co do zachowania Almeidy, to jestem zaskoczony jego spokojem. W półfinałach wykazywał o wiele mniejszą cierpliwość do Przemysława Zamojskiego. Tym razem „El Condor” był jednak spokojny nie tylko podczas tych smutnych wydarzeń, ale również podczas całego meczu. Wyszedł na parkiet skupiony i grał skutecznie. Do pełni szczęścia brakowało tylko ciut lepszej skuteczności z dystansu oraz te nieszczęsne rzuty wolne w końcówce…

Niezłe wsparcie dostarczyli również Jaylin AiringtonJosip Sobin. Amerykanin odważnie wjeżdżał na kosz i przynosiło to pozytywne efekty. Z kolei Josip jak to Josip. Momentami boję się, jak wypycha piłkę w stronę kosza, ale uśmiech szybko pojawia się na mojej twarzy, gdy trafia idealnie. Tak już gra ten nasz Chorwat, a najważniejsze, że rywale mają spore problemy z tym stylem i oby już tak zostało.

Gdybyśmy wygrali, to nasza sytuacja w tym finale byłaby perfekcyjna. Tymczasem mamy jednak 2:2, czyli plan minimum z odzyskaniem przewagi parkietu został zrealizowany. Można powiedzieć, że zachowany został „status quo” i gra o złoto wychodzi na ostatnią prostą. Wszystkie dotychczasowe spotkania były niezwykle wyrównane. Mam jednak wrażenie, że do tej pory Anwil miał jedynie momenty świetnej gry. Stać nas na więcej i czas to pokazać na parkiecie! Wierzę, że jesteśmy w stanie zakończyć tę serię w dwóch najbliższych spotkaniach. Musimy tylko grać z pełnym zaangażowaniem oraz koncentracją przez pełne 40 minut. Nie można również nawet przez sekundę lekceważyć rywala, bo Stal dobitnie udowodniła, że jest drużyną mocną i waleczną, która na pewno nie odpuści. Teraz nie ma już miejsca na żadne błędy. Wszystkie scenariusze są jeszcze możliwe, ale jedno jest pewne – EMOCJI NIE ZABRAKNIE!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.