Bolesny początek półfinałowej batalii

Niestety… Półfinałową batalię rozpoczęliśmy od porażki. Uczciwie trzeba przyznać, że na przestrzeni całego meczu Legia Warszawa była lepszym zespołem i zasłużenie zdobyła Halę Mistrzów, chociaż to był mecz przepełniony emocjami oraz wahaniami nastrojów. Anwil miał swoje szanse, ale ich nie wykorzystał. Doprowadziliśmy wprawdzie do dogrywki, ale zawiedliśmy w decydujących momentach i polegliśmy 79:83.

James Bell Przemysław Frasunkiewicz Anwil WłocławekFOTO: Adrianna Nowacka / wlc.pl

„Rottweilery” od samego początku słabo weszły w to spotkanie. No nie szło nam totalnie. Nie wiem, co było przyczyną takiego obrotu spraw. Stres? Bardzo możliwe. O ile w defensywie dawaliśmy radę, to atak pozostawiał wiele do życzenia. Po prostu nie trafialiśmy, a bez tego bardzo ciężko wygrać w koszykówkę. Straszna była ta nasza indolencja ofensywna! Co z tego, że potrafiliśmy wypracować pozycje, jak piłka nie chciała wpadać do kosza? Mecz zakończyliśmy ze skutecznością z gry na poziomie 36,1%. Słabo, ale podczas spotkania ta wartość bardzo często była blisko nawet 30%. Słabiutko…

Podkreślam, że tego dnia Legia była lepsza, ale gra stołecznej ekipy nie spowodowała, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. Co więcej, mało brakowało, a straciliby to zwycięstwo. Niefrasobliwość gości stworzyła szanse dla Anwilu. Tylko co z tego, jeśli ciągle nie trafialiśmy? W czwartej kwarcie mieliśmy 7 rzutów, które mogły doprowadzić do remisu lub wyprowadzić nas na pierwsze prowadzenie. To mogło przełamać rywalizację, ale żadnej z tych okazji nie wykorzystaliśmy. Dopiero w ostatnich sekundach niespodziewaną „trójkę” trafił James Bell. To było coś nieprawdopodobnego! Prawdziwa magia koszykówki! Nic na to nie wskazywało, a przyszedł moment, gdy Legia wypuściła z rąk pewne zwycięstwo i odżyły nadzieje włocławskich kibiców.

Dogrywka była przez pewien czas niczym piękny sen. Anwil złapał rytm i wyszedł na pierwsze prowadzenie tego dnia. Jakby to trafienie Bella i niespodziewane doprowadzenie do dodatkowego czasu gry obudziło nową energię w naszych zawodnikach. Po kolejnym trafieniu Amerykanina wyszliśmy nawet na +6 i myślałem, że nic nam już tego nie odbierze.

Robert Johnson jednak nie odpuszczał i szybko trafił „trójkę” kontaktową. Później miała miejsce akcja, która wszystko zmieniła… Jonah Mathews zanotował stratę i jeszcze popełnił niesportowe przewinienie. W odpowiedzi mieliśmy sekwencję, której zwieńczeniem był NIESAMOWITY rzut Johnsona, który ponownie wyprowadził Legię na prowadzenie. TAKA SZALONA TRÓJKA? ZE ZNACZNEJ ODLEGŁOŚCI? O TABLICĘ? W TAKIM MOMENCIE? To znowu była magia koszykówki, ale tym razem w drugą stronę. Ta sytuacja podcięła włocławskie skrzydła i już nie byliśmy w stanie sprawić kolejnego cudu. W jednym krótkim momencie wszystko uległo zmianie. Johnson udowodnił, że jest naprawdę klasowym graczem. Takie rzuty charakteryzują tych największych. „Cyferki” Amerykanina też robią wrażenie – 22 punkty, 11 zbiórek oraz 6 asyst. W dogrywce zdobył 9 „oczek” z 15 swojej drużyny. To nasz rywal, ale muszę przyznać, że „klasa sama w sobie”!

Reasumując, to była prawdziwa karuzela nastrojów. Najpierw Anwil wyrwał dogrywkę pomimo tego, że zupełnie „nie wyglądał”. Następnie Legia wyrwała zwycięstwo w niemal przegranym już meczu. Prawdziwa magia koszykówki tylko szkoda, że tym razem tak bolesna dla nas. Pretensje możemy mieć jednak tylko i wyłącznie do siebie. Ciężko myśleć o zwycięstwie bez celnych rzutów… Gdybyśmy zaliczyli raptem kilka trafień więcej, to pewnie nawet nie byłoby nerwowej końcówki… Teraz pozostała nam już jednak tylko „gdybologia”…

Źle rozpoczęliśmy ten półfinał, ale to jeszcze nie koniec! To dopiero początek! W Play-Off pojedyncze mecze nie mają znaczenia. Liczy się tylko i wyłącznie seria. Każde spotkanie może wyglądać zupełnie inaczej, a jakoś nie chce mi się wierzyć, że te obręcze będą dla nas tak małe za każdym razem. Właśnie ta WIARA jest teraz kluczowa. Zawodnicy muszą oczyścić głowy i dalej walczyć, a my musimy dalej ich wspierać z całych sił. To jest Play-Off i jeszcze wszystko jest możliwe. Trzykrotnie w swojej historii rozpoczynaliśmy przygodę w półfinale od porażki, by później i tak awansować do finału.

W sumie to bardziej od tego wyniku martwi mnie uraz, którego doznał Kamil Łączyński. Nie wyglądało to dobrze i teraz wszyscy trzymamy kciuki za zdrowie kapitana w oczekiwaniu na jakiś oficjalny komunikat. Nie chcę „krakać”, ale bez udziału „Marszałka” ta seria wejdzie dla nas na zupełnie inny poziom trudności…

2 odpowiedzi do “Bolesny początek półfinałowej batalii”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.