Legia zadała trzeci, decydujący cios

Snu o kolejnym Mistrzostwie Polski nie spełnimy w tym roku. Trzeba przełożyć te marzenia co najmniej na przyszłe rozgrywki. Anwil walczył w półfinale i dał z siebie naprawdę wiele, ale to nie wystarczyło. Legia Warszawa postawiła mur nie do przejścia. Klub ze stolicy był po prostu lepszy i wygrał serię 0:3, ale trzeba przyznać, że w każdym starciu byliśmy blisko. W trzecim meczu znowu goniliśmy, ale nie dogoniliśmy i ostatecznie przegraliśmy 87:77.

Luke Petrasek (Legia Warszawa - Anwil Włocławek półfinał Play-Off)FOTO: Andrzej Romański / plk.pl

Tym razem nie doświadczyliśmy żadnej większej zapaści, ale i tak przez znaczną część spotkania to gospodarze górowali. „Rottweilery” prowadziły jedynie na początku spotkania. Długo nie składaliśmy broni i nawet w czwartej kwarcie zdołaliśmy jeszcze niwelować stratę do zaledwie kilku „oczek”. W pewnym momencie było nawet -2, ale zabrakło „zimnej krwi”, aby przejąć kolejny mecz. Można odnieść wrażenie, że Legia kolejny raz była o krok przed nami. Gospodarze mieli o wiele większy luz w ataku, a „Rottweilery” borykały się z jakimś dziwnym stresem. Brakowało nam takiego spokoju, którym wręcz emanowała stołeczna ekipa. Nie mogliśmy złapać odpowiedniego rytmu. Tak wyglądał nie tylko ten trzeci mecz, ale również cała seria.

W pewien sposób można to zrozumieć, bo we Włocławku mamy obecnie mały szpital i przez to trener Przemysław Frasunkiewicz nie mógł korzystać ze wszystkich rozwiązań, które w ostatnich miesiącach przynosiły nam wiele dobrego. Walczyliśmy, ale na tak dobrze dysponowanego oraz skoncentrowanego rywala to nie wystarczyło.

Podczas tego ostatniego spotkania naszym motorem napędowym był Luke Petrasek (20 pkt, 8 zb, 4 as), a wtórował mu Kyndall Dykes (15 pkt i 8 zb). Zabrakło jednak dodatkowego wsparcia, zresztą tak samo, jak podczas całej serii. Wszyscy wiedzą, do kogo piję, ale i tak muszę to napisać. Jonah Mathews nie udźwignął trudów tej batalii. Amerykanin brylował podczas wielu spotkań tego sezonu, ale w tej kluczowej rywalizacji został totalnie ograniczony. Mathews ma olbrzymi potencjał i liczyłem, że będzie mógł przechylać szalę zwycięstwa na naszą korzyści w ważnych meczach. Tym razem został jednak wyłączony. Coś tam pokazał, ale to były występy znacznie poniżej jego możliwości oraz naszych oczekiwań. W całej serii trafiał na poziomie 12/38 z gry, czyli niecałe 32%, a dodatkowo notował 4,3 straty na mecz. Rozegrał jedne z najgorszych spotkań w naszych barwach.

Jak już zaznaczyłem, Legia była lepsza i wywalczyła awans w pełni zasłużenie. Anwil nie wygrał żadnego spotkania w tej serii, ale nie można powiedzieć, że odstawał od stołecznej ekipy. Przegraliśmy w sumie tylko cztery kwarty z dwunastu. Nie liczę dogrywki z pierwszego starcia, a tam byliśmy naprawdę blisko, ale nie wyszło i ten rezultat ustawił resztę rywalizacji. Teraz pozostało tylko „gdybanie”, ale nie zachęcam, bo to niczego nie zmieni. Walczyliśmy dzielnie, wynik każdego starcia mógł być zupełnie inny, ale jak spojrzymy już szerzej, to widać która strona dominowała. „Rottweilery” były na prowadzeniu łącznie przez zaledwie 7:20 minut w całej serii! Ta statystyka pokazuje dobitnie, kto kontrolował wydarzenia na parkiecie oraz zachował więcej spokoju.

Przy okazji muszę przyznać, że Legia jest prawdziwą rewelacją fazy Play-Off. Awansowali do finału beż żadnej porażki. Najpierw zaszokowali wszystkich, bo wyeliminowali Stal Ostrów Wielkopolski, czyli obrońcę tytułu oraz głównego faworyta. Później poradzili sobie z naszym Anwilem i to znacznie szybciej niż można było przewidywać. Trener Wojciech Kamiński zbudował maszynę, która ma swój własny styl. Wielka koszykówka wróciła do stolicy i szczerze to nie będę zaskoczony, jeśli sięgną po to wymarzone złoto nawet bez żadnego potknięcia. Chociaż PLK jest obecnie taka szalona, że jeśli nie wygrają już żadnego meczu, to też nie powinienem być zdziwiony 😉 .

To była dopiero nasza siódma seria Play-Off w historii przegrana „do zera”, ale po raz pierwszy na etapie półfinału. Przy przewadze parkietu doświadczyliśmy tego dotychczas tylko dwukrotnie. Oba wcześniejsze przypadki miały miejsce podczas walki o brąz. W sezonie 1995/1996 przegraliśmy z Polonią Przemyśl 0-3, a podczas sezonu 2012/2013AZS Koszalin 0-2. Wiadomo jednak, jakie nastawienie mentalne często występuje w takich „finałach pocieszenia”, więc ciężko porównać to minionej do serii z Legią.

Na zakończenie napiszę tylko, że szkoda tej niewykorzystanej szansy. Pamiętajmy jednak, że to jeszcze nie koniec sezonu!

2 odpowiedzi do “Legia zadała trzeci, decydujący cios”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.