Legia ustawiła nas pod ścianą…

Anwil nie zmazał plamy z pierwszego meczu półfinałowego. W drugim starciu znowu polegliśmy i można zaobserwować pewną analogię do tego wcześniejszego spotkania. Tym razem Legia Warszawa wygrała 71:77. Statystyki można zobaczyć TUTAJ, ale jakoś szczególnie do tego nie zachęcam 😛 . Ponownie słabo zaczęliśmy i goniliśmy, ale nie dogoniliśmy. W serii jest już 0:2 dla stołecznej ekipy i otwarcie trzeba przyznać, że sytuacja „Rottweilerów” jest bardzo nieciekawa.

James Bell (Anwil Włocławek - Legia Warszawa Play-Off)FOTO: Andrzej Romański / plk.pl

W drugim meczu wszystko ustawiła pierwsza kwarta, która była po prostu TRAGICZNA w naszym wykonaniu. Dość szybko zapunktował Ziga Dimec, ale później nastąpiła ogromna posucha. Nie trafiliśmy kolejnych 12 rzutów z gry! Zaczęliśmy ten mecz od skuteczności 1/13 z gry oraz 1/2 z wolnych. Pierwszą kwartę przegraliśmy aż 3:23! Podkreślam – przez całą pierwszą kwartę rzuciliśmy TRZY PUNKTY! Dramat to mało powiedziane… To była najgorsza kwarta pod względem indolencji ofensywnej w całej naszej historii.

Ciężko znaleźć przyczynę, bo na takim poziomie to wręcz nieprawdopodobne „osiągnięcie”. W mojej ocenie nasi zawodnicy nie wytrzymali pod względem mentalnym. Ogarnął nas stres, którego nie byliśmy w stanie opanować. Jakby psychika Anwilowców nie była odpowiednio przygotowana na półfinałową batalię. Nie trafialiśmy, przez co pojawiały się nerwy, a to generowało strach przed kolejnymi próbami i tak powstało błędne koło. Brakowało nam luzu i złapania odpowiedniego rytmu. Goście mogliby stanowić dla nas wzór, bo w ich poczynaniach było całe mnóstwo spokoju oraz opanowania.

Ta pierwsza kwarta zdecydowanie ustawiła dalszą rywalizację. Ciężko myśleć o końcowym sukcesie po tak beznadziejnym początku. W trzeciej kwarcie przyjezdni wyszli nawet na prowadzenie +21 i wszystko wskazywało na obfity pogrom. Z szacunkiem trzeba jednak przyznać, że „Rottweilery” nie odpuściły walki i za to wielkie brawa! Pomimo wielu przeciwności Anwil ostro gonił i dwukrotnie w czwartej kwarcie zniwelował stratę do -4. Zabrakło jednak opanowania i przez nieprzemyślane zagrania nie nastąpiło wielkie przełamanie. W ostatnich sekundach było nawet -3, ale zabrakło już czasu, aby zdziałać coś więcej.

Tragiczny początek, niezadowalająca skuteczność (39%) oraz aż 19 strat – to były główne przyczyny porażki. Nie ukrywam, że bardzo liczyłem na niektórych zawodników, ale ja na razie „nie dźwignęli” tej serii. Wszyscy zapewne wiedzą, kogo mam na myśli. Jedynie James Bell próbuje pociągnąć ten cały wózek. Nie gra może idealnie, ale bierze olbrzymi ciężar na swoje barki, gdy drużyna ma problemy. Do Amerykanina na pewno nie można mieć większych pretensji.

Nie tak miał wyglądać początek tego półfinału… Za nami dwa dość dziwne mecze w Hali Mistrzów i Legia prowadzi 0:2. Co ciekawe, wygraliśmy łącznie sześć kwart, ale to nie miało przełożenia na końcowe rezultaty, bo totalnie zawaliliśmy pierwsze kwarty oraz dogrywkę podczas pierwszego spotkania.

Sytuacja Anwilu jest bardzo zła, więc czy możemy jeszcze myśleć o końcowym sukcesie? Oczywiście, bo dopóki walka trwa, to wszystko jest możliwe. Sport lubi przecież niesamowite historie oraz powroty. Szczególnie że Legia nie zaprezentowała jakieś koszykówki z innej galaktyki. Oczywiście, była lepsza, ale nie było żadnej deklasacji. Można jednak czuć niepokój patrząc na inne aspekty. W naszych szeregach powstał mały szpital. Kamil Łączyński zagrał w drugim meczu, ale na własne życzenie i widać było, że odczuwa spory dyskomfort. Do gry wrócił także Sebastian Kowalczyk po kilkutygodniowej absencji, ale nie jest jeszcze w optymalnej dyspozycji. Na parkiet nie wybiegną już Maciej Bojanowski oraz Łukasz Frąckiewicz, a problemy zdrowotne ma również Kyndall Dykes. Jak widać, nie jest wesoło, a podejrzewam, że o wszystkim jeszcze nie wiemy…

Statystyki też nie przemawiają na naszą korzyść. Przypomnę, że Legia jeszcze nigdy w historii nie przegrała w Warszawie podczas fazy Play-Off. W obecnej edycji mają bilans 5-0. Anwil dwukrotnie odwrócił losy serii od stanu 0:2 (sezony 1992/1993 oraz 2018/2019). Nie było jeszcze jednak sytuacji, żebyśmy polegli w dwóch pierwszych meczach na własnym parkiecie.

No cóż… WALKA TRWA! „Rottweilery” pokazały nam wielokrotnie, że potrafią walczyć, a ten sezon jest zbyt piękny, aby już kończyć, więc WIERZYMY!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.