Jestem kibicem, więc to normalne, że jest we mnie wiara. Czasami fakty, logika oraz rozum mogą wysyłać różne znaki, które oczywiście dostrzegam. Gdzieś w głębi zawsze jednak bije serce w trzech kolorach. To jest właśnie ta kibicowska wiara. Tak samo było w bieżącym sezonie. Pewne sprawy wywoływały we mnie wręcz ból, ale nawet najdrobniejsze promienie słońca powodowały, że sam siebie oszukiwałem. A może to nie ja oszukiwałem samego siebie, tylko Anwil oszukał mnie? Zresztą nie po raz pierwszy…
FOTO: Andrzej Romański / plk.plGorzki początek
Swoje początki świadomego obserwowania włocławskiej koszykówki datuję na sezon 1997/1998. Dziadek i tata karmili mnie opowieściami o tym, jak nasz klub szturmem wszedł na koszykarskie salony i zajął miejsce w ścisłej czołówce, którego nie zamierzał odpuszczać. W przytoczonych rozgrywkach po raz pierwszym prowadził nas zagraniczny trener, a na parkiecie brylować mieli Sladjan Stojković oraz już wtedy legendarny Igor Griszczuk. Szybko przyszedł jednak zimny prysznic. Serbski zawodnik przegrał z kontuzjami, a drużyna nie funkcjonowała tak, jak powinna, co zaowocowało zmianą na ławce trenerskiej oraz innymi ruchami kadrowymi. Nasze szeregi zasilili Keith Williams, czyli niezwykle silna marka na polskich parkietach, czy David Van Dyke, który szybko zyskał sympatię włocławskich kibiców. Anwil ciągle zaliczał jednak wpadki, a ówczesne przepisy pozwalały wystawiać w składzie meczowym jedynie dwóch graczy zagranicznych. Dlatego czekałem na polski paszport Griszczuka i wierzyłem, że gdy to nastąpi, to znowu pokażemy charakter i uratujemy ten sezon.
Niestety naturalizacja Igora nie była zbawienna, ale warto przypomnieć, że pod koniec sezonu zasadniczego zaliczyliśmy serię wygranych, która znowu rozbudziła moją wiarę i to na wysokim poziomie. Do Play-Off awansowaliśmy po barażach, co spowodowało, że nie traciłem nadziei. W tej decydującej fazie naszym rywalem były Bobry Bytom. Pierwszy mecz przegraliśmy minimalnie. Zabolało, ale -1 na terenie wyżej rozstawionego rywala i tak pozwalało nadal wierzyć. Niestety drugie starcie to ponownie -1. Smutek mieszał się ze złością, ale przecież dlaczego nie wierzyć, że wyrównamy stan rywalizacji we Włocławku? Nie takie historie widziała Hala OSiR. Niestety… walczyliśmy, ale trzecie spotkanie było ostatnim w tej serii.
Czułem się oszukany, bo wierzyłem, że ta drużyna z Griszczukiem, Van Dyke’m, Williamsem, Wardachem czy Prawicą ma potencjał, aby zepsuć humory nawet najmocniejszym ekipom. Wierzyłem, że mimo problemów z całego sezonu w decydującej fazie wreszcie rozwiniemy skrzydła. Nie wyszło… Później przegraliśmy dwumecz z Pogonią Ruda Śląska, a następnie pokonaliśmy Zagłębie Sosnowiec, co pozwoliło nam zająć ostatecznie siódme miejsce. Bolało, ale gdy ochłonąłem, to znowu uwierzyłem. Tym razem moja wiara mówiła mi, że te rozgrywki 97/98 będą taką czarną plamą na kartach włocławskiej koszykówki. Wierzyłem, że przyszłość będzie już tylko lepsza. Co ciekawe – po części miałem rację!
Niedbałe granie
Przez długie lata wspomniany powyżej sezon był najgorszym w naszej historii. Niestety doczekaliśmy jeszcze gorszych czasów. Może niektórzy nie pamiętają, ale w pewnym okresie nasz klub spowiły spore problemy finansowe. Gdzieś na horyzoncie majaczyło nawet widmo wycofania drużyny z rozgrywek. W takiej sytuacji musieliśmy budować mocno budżetowy zespół na sezon 2014/2015. Takie okoliczności nie były jednak wyrokiem, bo przecież wiele drużyn udowadniało w przeszłości, że mimo braków w klubowej kasie można dzielnie walczyć na parkiecie i zaskakiwać faworytów. Wierzyłem, że we Włocławku będzie podobnie. Wierzyłem, że zobaczę drużynę, która walczy o każdą piłkę zgodnie z DNA „Rottweilerów”.
Misję zbudowania takiej ekipy otrzymał trener Mariusz Niedbalski. Czy podołał? Zdecydowanie nie! Mieliśmy kilku ciekawych zawodników w swoich szeregach, ale można odnieść wrażenie, że nie tworzyliśmy prawdziwej drużyny. Po prostu gracze nie pasowali do siebie i występował spory deficyt chemii pomiędzy nimi. To było aż za bardzo widoczne na boisku. Wśród kibiców dominowało hasło: „gramy niedbale”. Brakowało odpowiedniego zaangażowania oraz waleczności. Taka sytuacja doprowadziła do szybkiej zmiany szkoleniowca, ale Predrag Krunić nie zdziałał cudów. Zmiany kadrowe również nie zmieniły naszego oblicza.
W końcówce tego tragicznego sezonu mieliśmy jeszcze szansę awansować do Play-Off, ale momentami wyglądaliśmy jak „dzieci we mgle” w konfrontacji z rywalami teoretycznie w naszym zasięgu. Dodatkowo atmosferę wewnętrzną spowijały coraz ciemniejsze chmury. Mówiąc brutalnie – przez miesiące rosło szambo, które w końcu wylało. To doprowadziło do ingerencji Rady Nadzorczej z prezydentem miasta, Markiem Wojciechowskim, na czele. Efekt? Zespół opuścili Seid Hajrić, Andrea Crosariol, Arvydas Eitutavicius oraz trener Krunić. Końcówkę sezonu dogrywał Marcin Woźniak w roli pierwszego szkoleniowca. Czy to mogło coś zmienić z dziurawą kadrą oraz atmosferą przypominającą pogrzeb? No nie… Na zmianę oblicza było już zdecydowanie za późno. Anwil zakończył rozgrywki z bilansem 10-20 i zajął ostatecznie 12. miejsce w tabeli. Tragedia? Nawet przy budżetowej budowie składu, to i tak eufemizm. We Włocławku mieliśmy i mamy zupełnie inne standardy oraz wymagania…
Jeden wielki chaos
Pod wodzą trenera Igora Milicicia święciliśmy niesamowite sukcesy. Ta era dobiegła jednak końca, a dodatkowo COVID zmienił cały świat. Nie zmienił jednak naszych aspiracji – ponownie wszyscy liczyliśmy na walkę o najwyższe cele. Z takim nastawieniem wchodziliśmy w sezon 2020/2021. Tym razem poprowadzić miał nas do tego trener Dejan Mihevc. Wierzyłem, że cały czas będziemy należeli do ligowej czołówki. Wręcz byłem tego pewny, bo przecież kilka wcześniejszych lat bardzo nas rozpieściło.
Szybko wyszło jednak na jaw, że coś nie funkcjonuje w tym zespole. Graliśmy archaicznie i znowu nie przypominaliśmy drużyny. Taka sytuacja mogła doprowadzić jedynie do jednego – szybkiej zmiany szkoleniowca oraz całej masy ruchów kadrowych. Główny ster przejął ponownie trener Marcin Woźniak, a naszą ekipę zasiliły m.in. takie nazwiska, jak Ivan Almeida czy Shawn Jones. Wszyscy doskonale znaliśmy te nazwiska, więc nic dziwnego, że nie traciłem wiary. Z takimi zawodnikami odwrócenie sezonu wyglądało na coś całkowicie realnego. Szkoda, że parkiet tego nie potwierdził.
Anwil ciągle miał swoje problemy i wyglądał niczym zbiór indywidualności, a nie prawdziwa drużyna. Nasi włodarze nie porzucali próby reanimacji, co zaowocowało całą falą transferów. Efektu jednak nie było widać, a klub ogarniał coraz większy chaos. W pewnym momencie można było się pogubić, kto jeszcze gra w Anwilu, a kto już opuścił nasze szeregi. W styczniu podjęto jeszcze jedną próbę ratowania sytuacji i nowym szkoleniowcem „Rottweilerów” został Przemysław Frasunkiewicz. Zespół był już jednak tak zgniły od środka, że zabrakło czasu, aby coś z tego jeszcze wykrzesać. Do końca nie przypominaliśmy drużyny. Wielka nadzieja oraz wielka wiara zostały przysypane przez chaos narastający przez cały sezon. Anwil zakończył zmagania ponownie z bilansem 10-20, ale tym razem to pozwoliło zająć 13. miejsce w tabeli. Cały czas czuję ogromny ból wspominając te rozgrywki i ogrom rozczarowania, które nam zaserwowano…
Świeża blizna
Kolejna historia jest już bardzo świeża. Przed sezonem 2025/2026 wierzyłem, że trener Grzegorz Kożan jest odpowiednią osobą na tym stanowisku. „Nasz człowiek”, który tym razem nie występował w roli strażaka, ale otrzymał szansę na budowanie zespołu według własnego uznania. Latem do Włocławka trafiły ciekawe nazwiska, chociaż nie zdołaliśmy sprowadzić czołowego polskiego gracza podkoszowego, a to był priorytet w założeniu naszego sztabu szkoleniowego. Wszelkie dziury w rotacji zostały jednak załatane i można było z nadzieją oczekiwać rozpoczęcia kolejnych rozgrywek. Trener Kożan zapowiadał waleczną drużynę, której głównym atutem będzie defensywa. Szybko jednak wszyscy dostrzegliśmy, że to właśnie obrona jest największym problemem Anwilu… Wyniki nie zadowalały, ale ciągle wierzyłem. Mniejszą cierpliwość wykazał prezes Łukasz Pszczółkowski i zespół objął nowy szkoleniowiec – Ronen Ginzburg.
Pochodzący z Izraela szkoleniowiec pokazał, że w ten zespół można tchnąć nową energię, więc znowu uwierzyłem. Osiągane wyniki dalej odbiegały jednak od oczekiwań, ale końcówkę sezonu regularnego mieliśmy naprawdę dobrą. Anwil osiągnął bilans 6-1, co zaowocowało awansem do fazy Play-In. Jeszcze w marcu moje wyliczenia wskazywały, że skończymy nawet poza dziesiątką, więc przyjąłem to ze sporym optymizmem. „Rottweilery” pokazały, że cały czas potrafią wygrywać, więc wierzyłem, że Play-In to tylko formalność. Mieliśmy przecież dwie szanse i to we własnej hali, aby zaklepać sobie bilet do Play-Off.
Niestety, te ostatnie mecze nie miały żadnego znaczenia, bo w decydujących starciach powróciły demony, które nękały nas przez cały sezon. Najpierw bez większych problemów rozpracował nas Zastal Zielona Góra, ale czekało nas jeszcze starcie ostatniej szansy z MKS Dąbrowa Górnicza, czyli zespołem potencjalnie słabszym. Wierzyłem, że z Zastalem daliśmy plamę, ale już w kolejnym starciu do tego nie dopuścimy. Jeszcze mocniej uwierzyłem, gdy w trzeciej kwarcie prowadziliśmy +14. Stopniowo jednak ten mecz zaczął uciekać z naszych rąk. Nasz zespół przygniotła bezradność. To, co nas trapiło przez miesiące, wypłynęło w najważniejszym momencie. Moja wiara gasła z każdą kolejną akcją Peterki czy Musiała. Przegraliśmy, a ja poczułem się oszukany, bo nie tak to miało wyglądać. Problemów nie brakowało i już dawno przestałem realnie liczyć na jakiś spektakularny sukces, ale wierzyłem, że unikniemy tragedii. Tymczasem tragedia brutalnie nas spoliczkowała, bo po raz trzeci w historii pozostało nam oglądanie Play-Off w telewizji…
ZNOWU WIERZĘ!
Przytoczyłem sezony, które najbardziej zabolały mnie w mojej kibicowskiej drodze. W każdym przypadku czułem się oszukany, bo wierzyłem w ten klub. Trwałem ze swoją wiarą do końca mimo niezliczonej ilości sygnałów świadczących o tragedii. Taka już rola fana. Jestem pewien, że nie byłem osamotniony z takimi odczuciami. Wiecie, co jest najlepsze? W przeszłości zawsze wychodziliśmy na prostą po doświadczonych tragediach. Powstawaliśmy ze zgliszczy niczym feniks z popiołów. Dlatego znowu wierzę, że będzie lepiej i już przebieram nogami na myśl o pierwszych informacjach na temat budowy zespołu przed nowym sezonem. Czy znowu zostanę oszukany? Czas pokaże. Dopóki istnieje choć cień szansy, moja wiara nie zgaśnie. Taka już dola kibica…
