Wystrzał Greene’a nie wystraszył „Niedźwiedzi”

Anwil zanotował kolejną porażkę. Znowu po wyrównanej końcówce. Tym razem, dla odmiany, w ramach FIBA Europe League, a emocje w tych ostatnich sekundach sięgnęły zenitu. Przez krótką chwilę przeżyliśmy prawdziwą przejażdżkę kolejką górską. Szkoda tylko, że na zakończenie tej podróży wypadliśmy z wagonika. Fińska ekipa Karhu Basket niespodziewanie wygrała na naszym terenie 88:89.

Phil Greene IV Anwil Włocławek - Karhu BasketFOTO: fiba.basketball

Od samego początku gra „Rottweilerów” nie porywała. Jakby brakowało odpowiedniego nastawienia naszych zawodników. Może nawet trochę zlekceważyliśmy rywali. Na pewno nie pomaga też wąska kadra Anwilu, która wręcz cierpi, rywalizując na dwóch frontach. To wszystko spowodowało, że miałem wątpliwość czy nie nie oglądam czasami jakiegoś sparingu zamiast starcia na arenie europejskiej. Problem w tym, że goście mieli inne spojrzenie na ten mecz.

Ekipa z Kauhajoki grała bardzo ambitnie, twardo oraz mądrze i zespołowo (25 asyst). Taka koszykówka w wykonaniu nawet (teoretycznie) słabszej drużyny może napsuć sporo krwi faworytom. Tak było też w tym przypadku. Karhu chyba tym zaskoczyli i od razu ostro na nas wsiedli. Często bronili na całym parkiecie oraz byli skuteczni w ofensywie. W drugiej kwarcie potrafili zaliczyć serię 2:16 i to spowodowało, że przegrywaliśmy nawet -16.

Pomimo problemów cały czas wierzyłem, że wreszcie wejdziemy na wyższe obroty i przepchniemy ten mecz „potencjałem koszykarskim”. Później faktycznie było lepiej, ale nie na tyle, aby wystraszyć fińskie „Niedźwiedzie”. Goście nie zatracili swojej ambicji. Takim sposobem rozstrzygnięcie nastąpiło dopiero w ostatnich sekundach i tutaj należy zrobić pauzę.

Na 5:41 min przed końcem tablica wskazywała wynik 79:79. Od tego momentu coś zardzewiało w trybikach włocławskiej maszyny. Rzucaliśmy, ale nie trafialiśmy. Nie mogliśmy przełamać tej niemocy. Odniosłem wrażenie, że nie mamy zbyt wiele pomysłów i podejmujemy takie próby rzutowe „na alibi”. Styl – bo tak trzeba i inaczej się nie da. To doprowadziło nas do serii 1/8 z gry. W takim momencie meczu to bardzo boli… Przyjezdni może też nie mieli snajperskiej precyzji, ale grali rozważniej. To doprowadziło do sytuacji, że na 33 s przed końcem przegrywaliśmy 81:87. Nie ukrywam, że w mojej głowie to było „zgaszenie świateł” w Hali Mistrzów.

Koszykówkę kocham jednak m.in. za to, że jest nieobliczalna i lubi cuda. My byliśmy bardzo blisko takiego koszykarskiego cudu, a naszym mesjaszem prawie został Phil Greene IV. Ten sam, który powodował, że podczas wcześniejszych meczów często kręciłem głową. Tym razem Amerykanin wystrzelił i rozegrał bardzo dobre zawody. Nie powiem, że idealne, bo np. podczas tego naszego impasu w czwartej kwarcie też dołożył jeden nieprzemyślany rzut. W ostatnich sekundach przeszedł jednak samego siebie. W krótkim czasie odpalił dwie trójki, w tym jedną z faulem, i nie tylko przywrócił Anwil do gry, ale nawet wyprowadził na jednopunktowe prowadzenie. To był taki wystrzał koszykarskiego szaleństwa, którego brakowało nam w dotychczasowych starciach. Greene zanotował w tym meczu aż 28 punktów (6/8 z dystansu) oraz 3 asysty.

Już byliśmy w ogródku…

Już witaliśmy się z gąską…

Karhu miało jeszcze 7 sekund. Niby niewiele, ale… wystarczyło 🙁 . Wykorzystali to najlepiej, jak tylko mogli. Pięknie i ze spokojem rozrzucili naszą defensywę. Zgubiliśmy krycie gorzej niż pan Hilary okulary w wierszu Juliana Tuwima. Już nawet nie chcę wskazywać palcem najbardziej winnego, bo za bardzo boli mnie ta akcja i długo nie przestanie. KRYMINAŁ! Efekt był taki, że goście zdobyli łatwe punkty spod samej obręczy i polegliśmy…

Kolejna bolesna porażka. Tym bardziej że byliśmy blisko cudu. Naprawdę szkoda, bo Greene wreszcie odpalił, a nie mam pojęcia, kiedy znowu powtórzy taki występ.

Ważną rolę w Anwilu odegrał tradycyjnie także Luke Petrasek (15 pkt, 6/8 z gry, 4 zb), ale to już raczej nikogo nie dziwi. Większym zaskoczeniem był Marcin Woroniecki. Włocławianin otrzymuje w tym sezonie zdecydowanie więcej minut, ale do tej pory jakoś brakowało przełamania w jego grze. W starciu z Karhu przypomniał nam wszystkim o swoim potencjale. Grał bardzo odważnie i skutecznie. W niecałe 15 minut zdobył 12 punktów na skuteczności 4/5 z gry. Oby ten mecz otworzył „Cinka”, a występy na podobnym poziomie powtarzał regularnie!

Porażka z fińskim zespołem zabolała, a nasze braki znowu zostały obnażone. Nie wygląda to wszystko dobrze… Na szczęście to dopiero początek sezonu. Cały czas twierdzę, że drobne korekty kadrowe mogą tchnąć nowe życie w nasz zespół. Kolejny mecz pokazał, że z tak wąskim składem daleko nie zajedziemy. „Rottweilery” potrzebują nowej energii, jeśli chcemy o coś jeszcze walczyć w tym sezonie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.