Waleczność nie wystarczyła w „Świętej Wojnie”

Śląsk Wrocław wygrał we Włocławku po raz pierwszy od siedmiu lat. Anwil postawił jednak twarde warunki. Kolejna odsłona „Świętej Wojny” była prawdziwym meczem walki, czyli tak jak być powinno. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że pomimo październikowej aury można było poczuć zapach Play-OffHali Mistrzów. To spotkanie na pewno można było wygrać, „Rottweilery” miały swoje szanse, ale ostatecznie czegoś zabrakło i polegliśmy 73:75. Uczciwie trzeba przyznać, że goście byli tego dnia lepszym zespołem. Niestety…

Michał Nowakowski (Anwil Włocławek - Śląsk Wrocław)FOTO: Natalia Seklecka / ddwloclawek.pl

Odnoszę wrażenie, że to Śląsk narzucał swoje warunki gry. Już po pierwszej kwarcie potrafili odskoczyć i prowadzili 14:23. W drugiej kwarcie Anwil zdołał wrócić, ale następnie WKS znowu postawił na swoim. Do szatni zawodnicy schodzili przy stanie 28:35. Przewaga niby nie była wysoka, ale w takim pojedynku przepełnionym walką i przy niskim wyniku, to robiło różnicę.

Druga połowa pokazała jednak, że „włocławski charakter” to nie są tylko mrzonki i nie poddaliśmy tego meczu aż do końcowej syreny. Plus. Zeszłoroczny Anwil słynął z nieodpuszczania i cieszy, że obecna ekipa też jest do tego zdolna. Po zmianie stron nie tylko po raz kolejny wróciliśmy do gry, ale nawet zdołaliśmy odskoczyć. W pewnym momencie prowadziliśmy nawet 54:45. Niestety nie potrafiliśmy w pełni wykorzystać tego momentu i przycisnąć jeszcze bardziej. Śląsk nie spękał i świetnie rozegrał końcówkę trzeciej kwarty. Ostatnie minuty goście wygrali 5:16. Takim sposobem przed ostatnią kwartą tablica wskazywała wynik 59:61.

Niemal cała czwarta kwarta była toczona w rytmie „punkt za punkt”. Podziwialiśmy niezwykle wyrównaną walkę. Śląsk wykazał się jednak większą dojrzałością w najważniejszych momentach i dzięki pewności na linii rzutów wolnych przypieczętowali zwycięstwo. Anwil miał swoje szanse, ale przez niemal trzy minuty nie potrafiliśmy zdobyć punktów. Zanotowaliśmy serię siedmiu niecelnych rzutów z gry. Próbowali Nowakowski, Łączyński (trzykrotnie) oraz Greene IV (trzykrotnie). Czasami było blisko. Czasami były to próby, które wręcz musiały trafić do kosza. Żadne jednak nie osiągnęły celu, a przecież tylko to jest ważne. Szkoda, bo to był mecz, gdzie jeden rzut mógł zmienić naprawdę wszystko.

Największym problemem Anwilu była na pewno skuteczność, która strasznie falowała. Nasza ofensywa koncentrowała się na rzutach z dystansu. Czasami aż za bardzo szukaliśmy tych trójek, a obręcze tego dnia nam nie sprzyjały. Oddaliśmy łącznie 79 rzutów36 za dwa oraz 43 za trzy. Problem w tym, że zza łuku zanotowaliśmy tylko 11/43, czyli 25,6%. Za mało, żeby wygrać z tak klasowym rywalem. Atak „Rottweilerów” strasznie przez to cierpiał, co widać zresztą po rozkładzie zdobyczy punktowych. W pierwszej, drugiej oraz czwartej kwarcie zapisaliśmy na swoim koncie po 14 „oczek”. Widać stabilność 😉 . Jedynie w trzeciej kwarcie złapaliśmy lepszy rytm i od razu było widać różnicę, bo zdobyliśmy 31 punktów.

Kolejna dysproporcja, na którą ciężko przymknąć oczy to rzuty wolne. Mieliśmy problem z wymuszaniem przewinień. W efekcie Anwilowcy stawali na linii tylko 7 razy (6 celnych). Dla porównania nasi rywale mieli aż 28 takich prób (wykorzystali 22). Szkoda, bo rzuty wolne to zawsze okazja do zdobywania łatwych punktów, co jest szczególnie widoczne podczas tak wyrównanych meczów.

Śląsk grał naprawdę bardzo mądrze. Nie forsował rzutów z dystansu. Ten element był jedynie drobnym dodatkiem do gry naszych rywali. Wrocławianie ochoczo wykorzystywali nasze błędy oraz problemy. W tym momencie warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę. Przyjezdni wygrali w punktach szybkiego ataku 5:24.

Kilka negatywów w grze Anwilu wymieniłem, ale były także pozytywy, których nie mogę przemilczeć. Zanotowaliśmy tylko 10 strat, co jak na taki mecz walki serio można określić jako „tylko”. Pomimo naprawdę słabej skuteczności piłka ładnie krążyła wśród naszych zawodników, graliśmy zespołowo i zanotowaliśmy 19 asyst, co jest solidnym rezultatem. Zanotowaliśmy również 17 zbiórek w ataku i to też jest spory plus.

Najważniejsze jednak, że nasza ekipa walczyła i zostawiła serce na parkiecie. Tacy zawodnicy jak Kamil Łączyński (11 pkt i 7 as), Luke Petrasek (10 pkt i 6 zb) oraz trochę niespodziewanie Michał Nowakowski (13 punktów) mieli dobre momenty i nie odpuszczali. Phil Greene IV też kilka razy pociągnął naszą grę, ale końcówkę za bardzo wziął na swoje barki. Amerykanin podejmował próby, który wyglądały na czytelne oraz wymuszone, a nie płynne. Greene IV zdobył 17 punktów i był naszym najlepszym strzelcem, ale potrzebował do tego aż 20 rzutów z gry. Troszkę dużo… Pod względem statystycznym bardzo dobrze wypadł Josh Bostic, bo zanotował double-double na poziomie 13 punktów oraz 10 zbiórek. Zawiódł jednak pod względem skuteczności (2/11 ZA TRZY!) i nie dokończył spotkanie ze względu na faule. Momentami chyba za bardzo chciał i nic dobrego z tego nie wyszło. A to był mecz, gdzie jeden celny rzut mógł zmienić wszystko…

Po stronie Śląska buty prawdziwego lidera założył Jeremiah Martin, który po prostu kontrolował grę. Amerykanin zakończył zawody z dorobkiem 23 punktów, 6 asyst oraz 6 zbiórek. Myślę, że śmiało już teraz możemy tytułować tego gracza mianem „gwiazdy PLK”. Silne wsparcie dał także Jakub Nizioł (20 pkt i 6 zb), który wnosił sporo energii na parkiet. Polski koszykarz wszedł w nowy sezon na wysokich obrotach. Oj niechętnie muszę przyznać, że trener Andrej Urlep zmontował bardzo ciekawą ekipę we Wrocławiu. To dopiero początek rozgrywek, ale mam obawy, że WKS znowu będzie „rozdawał karty”…

Szkoda tej porażki, ale to nie koniec świata. Nic się nie dzieje. Dosłownie zaraz gramy kolejne spotkanie i jedziemy dalej. Bardziej od wyniku kolejnej „Świętej Wojny” martwi mnie inna kwestia. Podczas tej batalii Janari Joesaar doznał kontuzji. Nie ma jeszcze nawet wstępnej diagnozy, ale sytuacja nie wyglądała zbyt optymistycznie. Mam bardzo złe przeczucia… Jeśli mowa o poważnym urazie, to wynik tego meczu totalnie blednie i nie ma znaczenia. Estończyk to świetny koszykarz, który jest filarem naszej ekipy i nie chcę nawet myśleć o pesymistycznych scenariuszach…

Na zakończenie chciałbym poruszyć jeszcze jedną, niekoniecznie koszykarską sprawę. Śląsk zdobył kilka miesięcy temu Mistrzostwo Polski po dwudziestoletniej przerwie i to spowodowało, że sympatycy tego klubu nagle wyszli z jaskiń po długiej hibernacji. Zawitali nawet do Hali Mistrzów w pokaźnej liczbie. To trochę irytuje, ale zwiększa rangę „Świętej Wojny”, a to odbieram jako pozytyw. Dzięki temu o naszej rywalizacji znowu jest głośno. Tak, jestem trochę złośliwy, ale to przecież „Święta Wojna” 😉 .

2 odpowiedzi do “Waleczność nie wystarczyła w „Świętej Wojnie””

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.