Bez amunicji i bez zwycięstwa w Bydgoszczy

Z reguły, gdy Anwil przyjeżdża do Bydgoszczy, to emocje są gwarantowane. Tak też było i tym razem. Niestety zabrakło jednak szczęśliwego zakończenia dla „Rottweilerów”. Astoria wygrała z nami po dogrywce 95:84. To był ciężki weekend dla sympatyków włocławskiej koszykówki…


Energa Basket Liga PLK

Sytuacja naszej ekipy nie jest ciekawa. Z „Astą” graliśmy dwa dni po ciężkim i przegranym starciu ze Śląskiem. Nie było czasu na spokojne przygotowania i do Bydgoszczy wyruszyliśmy dopiero w dniu meczu, co jest ewenementem. Co gorsze, straciliśmy ważne ogniwo, bo Janari Joesaar doznał bardzo poważnej kontuzji. To wszystko wpłynęło na dyspozycję Anwilu w meczu z Astorią.

Od samego początku gra „Rottweilerów” nie wyglądała tak, jakbyśmy tego chcieli. Brakowało energii, płynności oraz skuteczności. Znowu trójki nie chciały wpadać i masakrycznie przez to cierpieliśmy. To spowodowało, że gospodarze zaczęli uciekać i dominować. W pewnym momencie prowadzili nawet +15.

Nie wiem jakim sposobem, ale na zakończenie pierwszej połowy potrafiliśmy zniwelować straty do -8. Wynik był lepszy niż gra Anwilu. Dopiero po przerwie coś drgnęło. Mam wrażenie, że więcej było dynamiki i odważnego atakowania kosza. Taka zmiana przyniosła efekt, bo w końcu wyszliśmy na prowadzenie. Na początku ostatniej odsłony było nawet +6. Nic więcej jednak nie zdziałaliśmy. Astoria grała ambitnie, a u nas chyba zabrakło trochę konsekwencji w rozgrywaniu akcji, które przynosiły korzyści. To doprowadziło do nerwowej końcówki.

W najważniejszych momentach pelerynę bohatera znowu przywdział Phil Greene IV. Tym razem podołał jednak zadaniu, bo najpierw trafił trójkę, a następnie zaliczył udane wejście na kosz. Prowadziliśmy trzema punktami, a do końcowej syreny pozostawało jedynie 15 sekund. W tym momencie odetchnąłem i momentalnie wyparłem z pamięci wszystkie (a nie było ich mało) wcześniejsze irytujące decyzje Greene’a. Niestety zbyt szybko… Benjamin Simons wyrównał pięknie wypracowaną, ale trochę szaloną trójką i mogłem jedynie skryć twarz w dłoniach. Mieliśmy jeszcze ostatnią piłkę w swoich rękach, ale delikatnie mówiąc, mogliśmy to lepiej rozegrać.

W dogrywce już poleciało. Igor Wadowski wcześniej trzykrotnie nie trafił nawet w obręcz, a nagle odpalił. Astoria miała też jakieś szalone akcje 2+1, a gra „Rottweilerów” znowu się nie kleiła. Zabrakło spokoju, a przyszła frustracja no i wyszło, jak wyszło.

Anwil był tego dnia strasznie zardzewiały. Popełniliśmy aż 20 strat i znowu zawodziła skuteczność na dystansie. W pierwszej połowie trafiliśmy tylko jedną trójkę. Później niby wpadło coś więcej, ale zakończyliśmy mając 6/29, czyli niecałe 21%. Mam wrażenie, że te rzuty zza łuku są główną bronią naszego obecnego zespołu, więc gdy nie mamy amunicji, to niewiele możemy zdziałać. W naszych szeregach zabrakło mi też prawdziwego lidera czy kolesia, który jest w stanie rozruszać to całe towarzystwo. Astoria miała takiego zawodnika i to nawet nie jednego. Wspomniany już Simons potrafił trafiać trudne rzuty. Michael Smith (15 pkt, 7 as, 5 zb) często robił więcej szumu, niż prezentował poukładanej gry, ale w ważnych momentach też potrafił trafiać. Najwięcej szaleństwa oraz energii zaserwował jednak Eddy Polanco (34 pkt, 8 zb, 4 as). To było takie typowe koszykarskie szaleństwo, które nie zawsze wychodzi. My mieliśmy pecha, że tego dnia wychodziło i to bardzo…

Jeśli chodzi o nasze indywidualności, to o kilku muszę wspomnieć. Michał Nowakowski (12 pkt, 6 zb) rozegrał kolejne spotkanie na bardzo solidnym poziomie. Cieszy fakt, że „Misiek” już nie tylko odpala bomby zza łuku, ale coraz częściej i chętniej szuka gry bliżej obręczy. To działa! Josip Sobin był naszą ostoją i zagrał bezbłędnie w ataku (16 pkt, 8/8 z gry, 5 zb). Mam wrażenie, że Chorwat był jedyną oazą spokoju w naszym zespole. Luke Petrasek (16 pkt, 6 zb, 3 bl) próbował i na pewno nie można powiedzieć, że zagrał źle. Wiem jednak, że Amerykanina stać na więcej. Czasami jakby brakowało ostatnich „dociągnięć” w jego poczynaniach, ale i tak było solidnie. Na plus zaliczam także występ naszych dwóch zawodników „z cienia”. Daniel Dawdo (3 pkt) i Dawid Słupiński (8 pkt, 3 zb) otrzymali minuty i mieli swoje małe problemy, ale wnieśli trochę pozytywów. Szczególnie Dawdo zaskoczył mnie kilkoma bardzo przytomnymi zagraniami. O pozostałych zawodnikach jakoś nie mam ochoty pisać 😉 .

Pora kończyć ten wpis, więc wspomnę jeszcze tylko, że w Anwilu nie jest dobrze. Jestem raczej cierpliwym optymistą, ale w trzy dni przyjęliśmy trzy ciosy, które zostawiły sporą wyrwę w murze pozytywnego myślenia. Korekta kadrowa wydaje się wręcz niezbędna. Na szczęście odpowiednie osoby w naszym klubie podobno już nad tym pracują, więc pozostaje czekać na efekty. Sezon jest długi i jeszcze będzie lepiej!

2 odpowiedzi do “Bez amunicji i bez zwycięstwa w Bydgoszczy”

  1. Tak będzie niestety grał Anwil gdy na jedynce dalej będzie gwiazdorzenie i postępujący spadek formy.Moim zdaniem największą słabość Anwilu to poz 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.