Niewykorzystana szansa w horrorze

To był prawdziwy horror w Zielonej Górze. Niestety, bez szczęśliwego zakończenia dla Anwilu. Pod koniec czwartej kwarty nastąpił istny cud koszykarski i wyrównaliśmy, mimo że porażka wydawała się już nieunikniona. W dogrywce byliśmy na fali, ale Stelmet sprowadził nas na ziemię i wyszarpał niezwykle cenne zwycięstwo.

James Florence StelmetFOTO: Radosław Lacelt / plk.pl
James Florence – bohater spotkania

Przez większą część spotkania optyczna przewaga była po stronie gospodarzy. Podopieczni Andreja Urlepa ponownie cierpliwie i mądrze rozgrywali piłkę. Np. gdy zauważyli, że słabo obstawiamy półdystans, to właśnie tam szukali swoich punktów. Urlep starał się jak mógł błyskawicznie reagować na wydarzenia z parkietu. Miał świadomość, że jak Anwil się rozpędzi, to będzie ciężko zatrzymać nasz zespół.

Mam również wrażenie, że ekipa Stelmetu starała się w pełni wykorzystać każdy moment naszej dekoncentracji. Tak jak to miało miejsce podczas drugiego spotkania. Wiedzieli, że mamy duże problemy z odpowiednim nastawieniem do gry po nieudanych akcjach. Chcieli wtedy jeszcze bardziej się na nas rzucić i załatwić sprawę. Ostatnio takie rozwiązanie w pełni działało, ale tym razem Anwil był inny. Anwil walczył.

Nie obyło się bez niewymuszonych strat z naszej strony, ale tym razem nie odpuszczaliśmy. Nie brakowało w tym spotkaniu tarzania się po parkiecie i walki o każdą piłkę. Nawet gdy sytuacja wydawała się już przegrana, to my cały czas walczyliśmy.

Było już naprawdę źle, ale nie składaliśmy broni. W czwartej kwarcie przegraliśmy czterema punktami. Nie trafiliśmy trzech kolejnych rzutów. Następnie dwukrotnie z linii rzutów wolnych pomylił się dobrze grający tego dnia Jaylin Airington. W odpowiedzi punkty dla Stelmetu dostarczył niezawodny Vladimir Dragicević. Później Ivan Almeida wykorzystał dwa osobiste, ale znowu odpowiedział Dragicević. To był moment, gdy myślałem, że jest już „po zawodach”.

Na dwanaście sekund przed końcem przegrywaliśmy jeszcze sześcioma punktami. Wtedy wydarzył się istny cud koszykarski. Airington zaliczył akcję 3+1, a chwilę później przechwyciliśmy piłkę i niezwykle opanowany Kamil Łączyński doprowadził do dogrywki. Nasza waleczność i nieustępliwość popłaciła. Nagrodą za ten trud był dodatkowy czas gry, który mógł okazać się dla nas zbawienny.

Dodatkowy czas gry rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Wydawało się, że złapaliśmy odpowiedni rytm i mecz jest już pod naszą kontrolą. Stelmet ma jednak w swoich szeregach gościa, który nazywa się James Florence. Amerykanin niemal w pojedynkę nawiązał z nami walkę. Koleś jest totalnie szalony. Gra nieszablonowo i potrafi sypać czyste trójki z KAŻDEJ odległości. Do tego jest szybki i dużo widzi. Nie potrafiliśmy znaleźć na niego odpowiedzi. Może miał „dzień konia”, a może uaktywnia jakieś supermoce w niezwykle ważnych spotkaniach. To nie jest istotne. Fakt jest taki, że Florence przejął ten mecz i już go nie oddał. W całym spotkaniu zanotował 34 punkty7 asyst. Jak na półfinał PLK, to osiągnięcie godne zapamiętania.

Gdy już „grunt palił się pod naszymi stopami, ale nadzieja jeszcze się tliła, to Łukasz Koszarek dobił nas z linii rzutów wolnych. Reprezentacyjny rozgrywający nie grał zbyt dobrych zawodów. Zdarzały mu się bezsensowne straty i skutecznie wyłączaliśmy jego potencjał ofensywny (0/6 z gry), ale w decydującym momencie ręka mu nie zadrżała. To nas dobiło. Limit koszykarskich cudów wyczerpaliśmy w czwartej kwarcie i ostatecznie nawet nie zdołaliśmy oddać rzutu dającego szansę na kolejną dogrywkę.

Ten mecz to była prawdziwa karuzela. Emocje jeszcze nie opadły i do kolejnego spotkania raczej nie można na to liczyć. Byliśmy już w piekle, przeskoczyliśmy do nieba, a na koniec i tak upadliśmy. Jeśli chcecie kogoś neutralnego zarazić koszykówką, to pokażcie mu ten mecz. Nie brakowało emocji i walki o każdy skrawek parkietu. Właśnie za tę walkę chciałbym najbardziej pochwalić nasz zespół. Anwil grający z takim „zębem” chciałbym oglądać zawsze. Boli ta niewykorzystana szansa, ale gospodarze byli po prostu zespołem lepszym. Mają w swoich szeregach większą ilość graczy doświadczonych, którzy bardziej potrafią opanować emocje w takich meczach.

Ivan Almeida ostatnio zebrał sporo słów zasłużonej krytyki. Tym razem zdobył 23 punkty i był naszym najlepszym strzelcem, ale czy zmazał plamę? Ja uważam, że nie. Na przestrzeni całego spotkania grał bardzo nierówno. Miewał serię świetnych akcji w ataku, by następnie znowu „popisać się” totalnym brakiem pomysłu. Rzucał na skuteczności 8/21 z gry, co chluby również nie przynosi. Od lidera musimy wymagać więcej. To właśnie „El Condor” powinien pokazać największą klasę w tego typu meczach. Tymczasem mam wrażenie, że Almeida spala się psychicznie. Umiejętności nie stracił, ale ma duże problemy z podejmowaniem odpowiednich decyzji dla dobra zespołu.

Na szczęście, inni gracze Anwilu również przyczynili się do zdobywania punktów. W początkowych fazach spotkania świetnie wypalił Michał Nowakowski (13 punktów i 6 zb). Nie jest to pierwszoplanowa postać tegorocznego Anwilu, ale jego błyskawiczne rzuty bardzo nam pomogły. Odnalazł swoje miejsce na parkiecie. Później niestety popadł w problem z faulami i skuteczność również gdzieś uciekła. A szkoda.

Wreszcie dobre w spotkanie w ataku rozegrał Quinton Hosley. Nie czarował magicznymi asystami, ale sam wziął się za zdobywanie punktów. Był moment, gdy to właśnie skuteczna gra Hosleya cały czas trzymała nas w grze. Tym razem Amerykanin zdobył 16 punktów i dołożył do tego 5 zbiórek. Warto jednak zwrócić uwagę na jego skuteczność. Hosley rzucał na poziomie 7/12 z gry, czyli jakieś 58%. Jak na niego jest to wynik wręcz rewelacyjny.

Kolejny raz bardzo pewnie grał wspomniany już Jaylin Airington (14 pkt, 6 as i 5 zb). Zawalił dwa wolne w decydującym momencie, ale magiczną akcją 3+1 raczej odkupił swoje winy. Żałuję tylko, że praktycznie nie grał w dogrywce, bo to gracz, który może dostarczyć odpowiedni bodziec, gdy drużynie nie idzie.

Kolejny raz trzeba również wspomnieć o tym, co grał Josip Sobin. Im dalej w mecz, tym Chorwat wydawał się lepszy. Oczywiście kolejny już raz zostawił serce na parkiecie. Zebrał 5 piłek, ale 4 z tego były na atakowanej tablicy. Z punktowaniem też nie było źle. Zdobył 18 „oczek” na skuteczności 7/13 z gry. Szczególnie aktywny był w dogrywce. Strasznie żałuję, że na 17 sekund przed końcową syreną, gdy przegrywaliśmy tylko jednym punktem, piłka wręcz wyszła z kosza po jego rzucie. Gdyby stało się inaczej, to teraz pisałbym ten tekst pewnie w innym humorze. Warto również zwrócić uwagę na rzuty wolne Sobina. Od zawsze to była bolączka naszego centra. W Play-Off widać jednak znaczną poprawę. Miał niedawno serię trzech spotkań pod rząd ze 100% skutecznością z linii (5/5). Podczas opisywanego spotkania zanotował przyzwoite 4/6. W całych PO notuje 10/14, czyli ponad 71%. Jak na Josipa, to naprawdę dobrze.

Czego tym razem zabrakło Anwilowi? Moim zdaniem rzutów z obwodu. Walczyliśmy naprawdę dzielnie, ale brakowało tych trójek. Zanotowaliśmy 7/23 z obwodu, a Stelmet aż 12/28. Gospodarze mieli fenomenalnego Florence’a. W Anwilu niestety nikt nie wystrzelił pod względem rzutów trzypunktowych. Potrafiliśmy wypracować sobie pozycje, ale nie trafialiśmy. Jedynie „Misiek” na początku coś szarpał pod tym względem, ale po przymusowym odpoczynku już nie wrócił do swojej skuteczności. Zabrakło Ante Delasa, który jest specjalistą w tej dziedzinie. Chorwat spędził na parkiecie jednak tylko 2 minuty i nie oddał w tym czasie żadnego rzutu. Trener Milicić chyba już przestał wierzyć w swojego rodaka. Rzuty z dystansu to również kolejny przykład na niedoskonałość Almeidy. W ostatnim meczu zanotował 0/6 zza łuku, a w całej serii notuje mizerne 1/12. Tych rzutów „El Condora” naprawdę bardzo brakuje.

Po tym zwycięstwie ekipa Stelmetu Zielona Góra jest już o krok od finału, a kolejny mecz znowu grają na własnym parkiecie. Nie ukrywajmy, nasza sytuacja nie jest zbyt ciekawa. Trzeba jednak wierzyć. Potrafiliśmy rozbić chłopaków Urlepa w pierwszym starciu i nawiązać niesamowicie wyrównaną walkę w trzecim, więc dlaczego nie pokusić się o zwycięstwo w kolejnym? Po tym horrorze z dogrywką kolejny mecz będzie dobrym testem dla przygotowania fizycznego obydwu ekip. Jesteśmy w stanie osiągnąć sukces, ale naprawdę musimy wspiąć się na wyżyny własnych umiejętności. Musimy walczyć na całego, nie tracić koncentracji, wyzbyć się głupich strat i trafiać. Brzmi nieziemsko trudno do zrealizowania, ale wszystko jest jeszcze możliwe.

Jedna odpowiedź do “Niewykorzystana szansa w horrorze”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.