Znokautowani przez Cosey’a

Derby, derby i po derbach. Uczciwie trzeba przyznać, że konfrontacja Polskiego Cukru ToruńAnwilem Włocławek znacznie zyskała na swojej randze w ostatnim czasie. To już pojedynek, który emocjonuje nie tylko nasz region, ale niemal całą koszykarską Polskę. Nic dziwnego, bo obydwa zespoły prezentują bardzo wysoki poziom, mają aspiracje medalowe oraz ich starcia gwarantują prawdziwy żywioł na trybunach.

Atmosfera przed tym meczem była dość gęsta i ostatecznie byliśmy świadkami bardzo wyrównanego meczu przepełnionego walką.

Anwil kibice derbyFOTO: anwil24.pl

Ostatecznie twardsze okazały się „Twarde Pierniki”. Przez znaczną część spotkania obydwa zespoły szły „łeb w łeb”. Dopiero w końcówce ekipa z Torunia odskoczyła na tyle skutecznie, że nie byliśmy już w stanie wrócić do gry. Głównym sprawcą tego zamieszania był Glenn Cosey. Amerykanin przez większość spotkania nie wybijał się na pierwszy plan, ale w decydującym momencie okazał się naszym katem. Na przestrzeni 73 sekund trafił trzy trójki i to zabiło ten mecz. Pozostało zbyt mało czasu, aby Anwil zdołał zareagować i odrobić straty. Cosey pierwszym tym rzutem zyskał wielką pewność i sprawiał wrażenie, że zacznie trafiać nawet z zamkniętymi oczami. W całym meczu uzyskał 19 punktów (5/7 za trzy) oraz 7 asyst. Prawdziwy MVP spotkania.

Trójki okazały się prawdziwym „gwoździem do trumny” Anwilu. Nie chodzi nawet o te celne rzuty Cosey’a w końcówce. Bardziej boli nasza własna niemoc w tym elemencie. Zanotowaliśmy zaledwie 3/20 za trzy przez cały mecz! To daje zaledwie 15% skuteczności… „Trójki” to nasza silna broń, ale w tym spotkaniu totalnie nam nie wpadało. W mojej opinii to jest główna przyczyna naszej porażki. Zagraliśmy znacznie poniżej możliwości. Wierzę jednak, że takiego meczu już nie powtórzymy. Dla porównania Polski Cukier rzucał za trzy na poziomie 13/21, czyli niemal 62%. Ten czynnik zrobił różnicę, która wpłynęła na decydujący rezultat tego meczu.

Oprócz Cosey’a inni strzelcy gospodarzy również wyrządzili nam sporo krzywdy. Aaron Cel świetnie wykorzystywał swoje doświadczenie oraz spryt boiskowy. Wystarczyło, że popełniliśmy mały błąd w ustawieniu defensywnym, a urodzony we Francji koszykarz zaraz to wykorzystywał. Popisał się naprawdę wysokim koszykarskim IQ. Swoje umiejętności strzeleckie zaprezentował również D.J. Newbill. Amerykanin udowodnił, że jest znakomitym strzelcem (4/4 za trzy, 18 pkt) i nie można mu odpuszczać. Czai się na obwodzie i tylko czeka, żeby zacząć odpalać swoje bomby w postaci celnych „trójek”.

Innym przypadkiem jest Bartosz Diduszko. Od czasu gry w Anwilu mój szacunek do tego zawodnika jest wręcz nie do opisania. Prawdziwy mistrz takich małych i niewidocznych rzeczy. Na dodatek ma serce wojownika. W minionych derbach to potwierdził. Diduszko był niezwykle ważnym elementem Polskiego Cukru. Jego dorobek to 9 punktów8 zbiórek plus mnóstwo rzeczy, których żadne cyferki nie pokażą. Urodzony w Bytomiu koszykarz zawsze wie jak się ustawić, gdzie wsadzić rękę czy w którym momencie wyskoczyć po piłkę. Taki zawodnik to prawdziwy skarb każdego zespołu. Oby w koszulce Anwilu zagrał jeszcze nie jeden gracz takiego pokroju.

Najlepszym graczem naszego zespołu był bez wątpienia Josip Sobin. Chorwat przyzwyczaił nas do walki w każdym meczu, ale chyba powagę derbów wziął sobie do serca. Dwoił się i troił. Walczył nie tylko pod koszem, ale również zaliczał skuteczne wyjazdy na obwód. Kontra rozpoczynana przez Sobina? Proszę bardzo. Dodatkowo nasz środkowy był bardzo skuteczny w ataku. Przez pewien okres trzeciej kwarty zdobył 10 punktów pod rząd i dzięki niemu cały czas trzymaliśmy się w grze. Te jego rzuty, które mogą przypominać pchnięcie kulą, w magiczny sposób znajdowały drogę do kosza. Linia statystyczna Sobina z tego spotkania wygląda naprawdę bardzo ciekawie – 14 pkt, 5 zb oraz 5 prz.

Miałem wrażenie, że plany Igora Milicicia zostały dość znacznie pokrzyżowane przez problemy z urazami. Ivan Almeida kolejny raz był naszym czołowym zawodnikiem. Często wręcz samotnie ciągnął ten cały wózek. Wyszedł do gry bardzo zmotywowany. W pewnym momencie musiał jednak opuścić parkiet z powodu odnowienia niedawnego urazu. Na szczęście po jakimś czasie wrócił na plac boju i cały czas robił sporo dobrego, ale miałem wrażenie, że po tym wydarzeniu grał jakby bardziej zachowawczo. Nie szalał tak jak w pierwszych minutach. Powtórzę – wniósł sporo dobrego, bo tak trzeba przyjąć 16 pkt oraz 4 as które dostarczył, ale w pełni zdrowia stać naszego asa na więcej.

Bardzo dobrze do gry wszedł również Jaylin Airington. Amerykanin grał pewnie i, co najważniejsze, skutecznie. Zdobył 8 punktów na 100% skuteczności z gry. Przez moment był pewnym punktem naszej drużyny. Jego obrona zawsze jest na naprawdę niezłym poziomem, a tym razem miał jeszcze „swój dzień” w ataku. Niestety, to był dosłownie moment, bo Airington spędził na parkiecie niecałe 10 minut. Doznał urazu, który wydawał się niegroźny, ale ostatecznie wykluczył naszego obwodowego z dalszej gry. Teraz można tylko „gdybać”. Myślę jednak, że ten zawodnik mógł nam znacznie pomóc w dalszych etapach spotkania. Tego jednak nigdy już się nie dowiemy…

Gdzie jeszcze można dopatrywać się przyczyn naszej porażki? Polski Cukier popełnił aż 23 starty. To powinna być „woda na młyn” dla Anwilu, bo przecież słyniemy z szybkiego ataku. Niestety, w zbyt wielu takich sytuacjach rozgrywaliśmy piłkę zbyt nonszalancko. Czasami nie potrafiliśmy nawet skutecznie wykończyć kontry w przewadze.

Do przerwy mieliśmy również problem z wymuszaniem fauli. Ekipa gospodarzy bardzo mądrze broniła. W pierwszych 20 minutach tylko raz stawaliśmy na linii rzutów wolnych! Na szczęście po zmianie stron sytuacja uległa zmianie. Szkoda, że nie udało wycisnąć się więcej z tego elementu, bo tego dnia byliśmy dobrze dysponowani z osobistych. Zakończyło się na skuteczności 13/14. Polski Cukier miał tutaj jednak znaczącą przewagę, notując w tym elemencie 24/26.

W pierwszej odsłonie mieliśmy również problem z walką na tablicach. Oddaliśmy zbyt wiele piłek w ręce gospodarzy.

Podsumowując, nie funkcjonowały prawidłowo nasze główne atuty, a mimo to niemal cały czas byliśmy w grze. Liczę, że taki mecz nie ma prawa się już powtórzyć w wykonaniu Anwilowców.

Derby województwa mają na pewno większy prestiż niż znaczna większość pozostałych spotkań. Dlatego jest pewien ból po tej porażce. Patrząc jednak na ligową tabelę wyraźne widać, że dla Torunian to zwycięstwo było ważniejsze. Mimo porażki nasza sytuacja nie ulega zmianie. Cały czas jesteśmy na szczycie stawki i wszystko wskazuje na to, że ponownie przystąpimy do najważniejszej części sezonu startując z tego uprzywilejowanego miejsca.

2 odpowiedzi do “Znokautowani przez Cosey’a”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.