Przegrane falowanie w Warszawie

Trzecia ligowa porażka na koncie Anwilu. Co gorsze – z rzędu. Tym razem polegliśmy w stolicy. Znowu walczyliśmy i mogliśmy wrócić „z tarczą”, ale nie wyszło… Legia Warszawa była lepsza i wygrała 78:70, choć poziom gry obu ekip ostro falował.



Pomimo że mamy dopiero początek sezonu, to „Rottweilery” przyzwyczaiły nas już chyba do swojej nieobliczalności. Nawet podczas jednego meczu możemy oglądać kilka twarzy włocławskiej ekipy. Szkoda tylko, że na zakończenie kolejnego spotkania te twarze znowu były smutne.

Gospodarze bardzo dobrze weszli w mecz rozgrywany na Torwarze. Szczególnie świetnie byli dysponowani w rzutach dystansowych i strasznie nas tym karcili. Z kolei Anwil prezentował coś, czego na pewno nie chcemy oglądać. Nasza gra była jakaś taka sztywna i bez pomysłu. Bazowaliśmy na rzutach, które znowu nie chciały wpadać. W pewnym momencie odgrywaliśmy jedynie rolę tła dla skutecznych Legionistów. Jeszcze w pierwszej kwarcie gospodarze wyszli na prowadzenie +15.

Wspomniałem jednak, że to spotkanie było prawdziwą sinusoidą i już druga kwarta nam to pokazała. Anwil poprawił swoją defensywę, wybił Legię z rytmu i sam wszedł na właściwe obroty. Przyspieszyliśmy grę i kolejny raz takie rozwiązanie przyniosło efekty. Już nie tylko opieraliśmy akcje o leniwe rzuty z dystansu, ale zaczęliśmy szukać większej ilości rozwiązań. Dzięki temu zanotowaliśmy serię 0:15. Nie tylko wróciliśmy do gry, ale wyszliśmy nawet na prowadzenie. Przez niemal 8 minut drugiej kwarty nie pozwoliliśmy Legii na zdobycie nawet jednego punktu!

Taka postawa rozbudziła nadzieje, ale trzecia kwarta to było kolejne falowanie. Tym razem gospodarze przycisnęli i zaliczyli serię 13:0. Legia odpowiednio przystosowała się do zmian w grze i odzyskała swój rytm. Ponownie wyszli na prowadzenie, którego już nie oddali.

Anwil nie składał broni, chociaż włocławski zapał był skutecznie studzony np. przez jakieś dziwne akcje 2+1 w wykonaniu Janisa Berzinsa. „Rottweilery” przeprowadziły jednak jeszcze jedną, trochę szaloną, szarżę. Walczyliśmy do końca i to cieszy. Potrafiliśmy dojść nawet do wyniku 73:70, ale na więcej nie było nas stać. Widać było, że nasi zawodnicy bardzo chcą i nie brakowało sporej aktywności zwłaszcza w defensywie. Kilka razy naprawdę niewiele brakowało do udanej obrony, ale ostatecznie Legia zachowywała „zimną krew”. Potrafili wykorzystać nasze ryzyko przeciwko nam i otwierać dogodne pozycje dla swoich strzelców. Na dodatek nasze rzuty znowu przestały wpadać. Nawet Kamil Łączyński przestrzelił dwa wolne.

Czołową rolę w ekipie „Rottweilerów” odgrywał bez wątpienia Luke Petrasek. Szczególnie w pierwszej połowie błyszczał i ciągnął naszą grę. Nie tylko bazował na swoim rzucie, ale także ochoczo penetrował czy ścinał pod kosz. Dorobek Amerykanina to 19 punktów oraz 4 zbiórki. Szkoda tylko, że w drugiej połowie spotkania trochę nam zniknął. Przez wiele minut był odpowiednio ograniczany. Pamiętam, że w zeszłym sezonie Petrasek trochę irytował mnie tym swoim znikaniem w czasie meczu. W Warszawie było podobnie, ale liczę, że to tylko mały wypadek przy pracy, bo odnoszę wrażenie, że nasz podkoszowy jest jeszcze lepszym zawodnikiem niż przed rokiem. Oby tak dalej!

Drugim strzelcem Anwilu był Josh Bostic. Amerykanin nie szalał tak, jak podczas niedawnego meczu w Lizbonie, ale i tak wykręcił ciekawe „cyferki” – 16 punktów, 6 asyst2 przechwyty. Niby nieźle, ale w przypadku tego zawodnika kolejny raz statystyki były chyba lepsze niż sama gra. Znowu można doczepić się do skuteczności, bo trafiał na poziomie 4/12 z gry. Bostica stać na znacznie więcej! Liczę jednak, że powoli się rozkręca i łapie właściwy rytm. Z meczu na meczu jest chyba drobny progres. Oby, bo bardzo potrzebujemy silnego wsparcia od tego doświadczonego gracza. Bostic ma już swoje lata i nogi nie są już takie lekkie, ale cały czas ma zadatki, aby być ostoją czy nawet liderem tej ekipy. Tylko musi zacząć trafiać z większą regularnością…

Chyba znowu zabrakło w naszych szeregach kogoś, kto wziąłby na siebie ciężar najważniejszych akcji i pociągnął za sobą cały zespół. Legia miała takiego „samca alfa”. Devyn Marble rozegrał świetne zawody. Amerykanin przejął ten mecz w pewnym momencie. Legia miała swoje problemy, ale to właśnie Marble dał wyraźny impuls do wyjścia z kryzysu. Na swoim koncie zapisał 25 punktów oraz 5 zbiórek.

Kolejna porażka boli i mam wrażenie, że wokół Anwilu robi się coraz bardziej nerwowa atmosfera. Naszym zawodnikom z całą pewnością nie można jednak zarzucić braku ambicji czy woli walki. To było kolejne spotkanie, gdy potrafiliśmy wrócić do gry, nie składaliśmy broni i niemal do ostatnich sekund wygrana była w naszym zasięgu. Zanotowaliśmy też tylko 9 strat, co warto podkreślić.

Czego w takim razie ponownie zabrakło? Skuteczności… Ciężko wygrywać, gdy piłka nie wpada do kosza, a „Rottweilery” zanotowały w Warszawie zaledwie 37,1% z gry. Nie ma też co ukrywać, ale brakuje nam „materiału ludzkiego”. Takiego na poziomie. Robiącego różnicę. Z całym szacunkiem, bo np. Daniel Dawdo imponuje mi swoją walecznością (4 zb), ale to nie jest (jeszcze?) zawodnik, który może odwrócić losy takiej rywalizacji. Uważam, że jeden lub dwa przemyślane i trafione transfery mogą zupełnie odmienić wizerunek tej ekipy. Na ten temat jest coraz głośniej, wręcz można usłyszeć krzyki, więc podejrzewam, że niedługo jakaś nowa umowa zostanie podpisana. Dlatego nie popadajmy w melancholijny nastrój. Bądźmy cierpliwi. Fundamenty są tylko potrzebują jeszcze wykończenia 😉 .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.