Z emocjami w Koszalinie

Nasz Anwil kolejny raz zadbał, żebyśmy nie narzekali na brak emocji. Rundę rewanżową rozpoczęliśmy od wyjazdowego spotkania z AZS Koszalin. Oczywiście byliśmy zdecydowanym faworytem tego pojedynku i przez znaczną część przewaga faktycznie była po naszej stronie.

Kolejny raz nie potrafiliśmy jednak spokojnie kontrolować wydarzeń na parkiecie. Wydawało się, że zwycięzca już jest znany, ale czym byłaby koszykówka w wykonaniu naszej drużyny bez pewnej dawki emocji?

Airington vs. KumpysFOTO: sportowiec.info
airington_kumpys

Niemal przez całe spotkanie byliśmy stroną dominującą. Narzucaliśmy własne warunki gry. AZS grał ambitnie, ale wydawało się, że to za mało. Anwil potrafił nawet wyjść na prowadzenie +17 w trzeciej kwarcie. Niestety kolejny już raz nasi koszykarze udowodnili, że jak szybko są w stanie zbudować wyraźną przewagę, tak samo szybko mogą ją stracić.

AZS dzięki swojej ambicji nie składał broni, a wręcz złapał wiatr. Jakub Dłoniak jest cały czas Jakubem Dłoniakiem, którego znamy. Szalone rzuty i ogromne pokłady energii, która nakręca kolegów z drużyny oraz kibiców. Znowu ten zawodnik napsuł nam troszkę krwi. Jest po prostu nieprzewidywalny. Tym razem Dłoniak zaaplikował nam 15 punktów.

W pewnym momencie błysnął również całkowicie anonimowy dla mnie Szymon Kiwilsza. Patrząc na statystyki, jego dorobek nie wygląda zbyt imponująco (5 punktów), ale ten młody chłopak również miał w sobie ogromną energię. Był strasznie nakręcony. Szczytem było, jak przestawił sobie Szymona Szewczyka niczym juniora. Muszę koniecznie zapamiętać to nazwisko.

Dzięki takiemu zrywowi AZS podjął jeszcze rękawicę i najpierw zniwelował straty, a następnie wyszli na prowadzenie. Nie ukrywam, że dopadł mnie wtedy mały strach. Powiększył się, gdy kolejne ataki Anwilu wyglądały na pozbawione pomysłu i były wręcz ślamazarne.

Na szczęście nasi zawodnicy szybko opanowali nerwy i złapali swój rytm. Zaczęliśmy grać z głową i swoje atuty przełożyliśmy na wynik spotkania. Nasza mądra gra zaowocowała tym, że w ostatnich minutach mogliśmy wszyscy już odetchnąć z ulgą. To był kolejny mecz, gdy przez własną nieporadność i brak koncentracji wprowadziliśmy nerwówkę, ale ostatecznie wróciliśmy „z tarczą”. Tak naprawdę to tylko to się liczy. Mamy kolejne zwycięstwo na koncie i na tym się skupmy. Dzięki temu umocniliśmy się na pozycji lidera. Drużyna AZS zasłużyła jednak na brawa za swoją ambicję, energię i wolę walki.

Nasze zwycięstwo na pewno nie byłoby możliwe bez dwóch postaci, na które ostatnio możemy liczyć w każdym meczu. Pierwszy to Paweł Leończyk. „Leon” nie jest typem efektownego gracza, ale jest za to niesamowicie efektywny. Tymi swoimi tańcami podkoszowymi czyni cuda. W najtrudniejszych momentach potrafi zachować zimną krew. Leończyk cały czas jest pewnym punktem zespołu. To po prostu koleś, który wchodzi na parkiet i robi swoje. Tak jest od początku sezonu i mam nadzieję, że tak pozostanie do końca. W starciu z AZSem zdobył 15 punktów. Miał również 3 zbiórki, co ciekawe wszystkie w ofensywie. W tym sezonie jeszcze nie zanotował takiego występu.

Drugim ważnym elementem naszej układanki był Jaylin Airington. Ostatnio nie nadążam w wystawianiu laurek Amerykaninowi. Już nie ma śladu po przestraszonym chłopaku, który nawet nie patrzył w kierunku kosza. Teraz Airington zmienił się w cichego zabójcę. Nie forsuje rzutów, ale gdy tylko ma okazje, to karci rywali. Tym razem rzucił 13 punktów. Forma Airingtona naprawdę cieszy, ale wierzę, że będzie jeszcze lepiej. UWAGA – nasz obrońca w ostatnich czterech spotkaniach ma 9/10 za trzy! Robi wrażenie? Musi robić.

„Swoje” zagrał również Ivan Almeida. Kabowerdeńczyk przyzwyczaił nas wszystkich do prawdziwych wystrzałów formy, więc sam sobie wysoko zawiesił poprzeczkę. Tym razem obyło się bez spektakularnych fajerwerków, ale zagrał naprawdę poprawnie. Rola lidera w Anwilu cały czas nie podlega wątpliwości. Almeida zdobył 16 punktów i dzięki temu, kolejny raz, został najlepszym strzelcem naszego zespołu. Poza tym miał jeszcze 7 zbiórek.

Nie ukrywam, że z zespołu naszych rywali najbardziej ucieszyła mnie gra jednego gracza. Chodzi o Kacpra Młynarskiego. Nasz były gracz cały czas zostawia serce na parkiecie. To samo pokazywał grając we Włocławku i za to zyskał mój ogromny szacunek. Jak widać, pewne rzeczy nie ulegają zmianie. Młynarski dwoi się i troił. Ostatecznie uzbierał 12 punktów7 zbiórek.

Pisząc o zawodnikach AZSu nie można pominąć jeszcze jednego nazwiska. Modestas Kumpys rozegrał naprawdę dobre zawody. Sprawiał naszej defensywie sporo problemów. Szarpał grę swojego zespołu w pozytywnym znaczeniu. Widać, że Litwin ma zadatki na dobrego strzelca. Przeciwko Anwilowi jego statystyki to 20 punktów, 6 zbiórek oraz 3 asysty.

Totalnie zawiódł natomiast Diante Baldwin. Pamiętam, że w pierwszym meczu we Włocławku to on grał czołową rolę w swojej ekipie. Teraz był totalnie niewidoczny. Miał wprawdzie pewne problemy z faulami, ale to nie tłumaczy jego aż tak beznadziejnej gry. To był wręcz sabotaż. Czy AZS na pewno potrzebuje takiego gracza?

PS. Nie mogę się powstrzymać i muszę jeszcze wspomnieć o jednej kwestii. Forma strzelecka Airingtona budzi podziw, ale martwi dyspozycja Kamila Łączyńskiego. Nasz kapitan w ostatnich sześciu meczach ma… 5/31 za trzy… Czas się przełamać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.