Увидимся Валерий! Tak być musiało…

Anwil miał w swoich szeregach ponadprogramową ilość graczy zagranicznych i było niemal pewne, że ktoś będzie musiał opuścić nasz zespół. Jak już wiadomo, to Walerij Lichodiej zmienił pracodawcę. Dotychczasowy kapitan „Rottweilerów” bardzo szybko znalazł nowy klub i będzie kontynuował karierę w Legii Warszawa.

Ten ruch nie powinien być zbyt wielkim zaskoczeniem. Ciężko to przyznać ze względu na spory sentyment, ale Rosjanin był bardzo słabym elementem naszej układanki w bieżących rozgrywkach.

To już szósty gracz, który opuścił nasz zespół po rozpoczęciu sezonu. Z zawodników zagranicznych pozostał tylko Ivica Radić.

Lichodiej Anwil - RiesenFOTO: http://www.championsleague.basketball
Walerij Lichodiej

Straszny regres…

Lichodieja wszyscy doskonale pamiętamy z mistrzowskiego sezonu 2018/2019. Dlatego, gdy latem ponownie podpisał z nami kontrakt, to większość kibiców przyjęła ten fakt ze sporym optymizmem. Sam byłem wręcz zachwycony tym transferem.

Tymczasem rzeczywistość okazała się niezwykle brutalna. Rosjanin przez ten krótki czas rozłąki z włocławskim klubem zaliczył niesamowity regres. W bieżących rozgrywkach próżno było szukać Lichodieja, którego tak dobrze wspominaliśmy z przeszłości. Totalnie nie przypominał samego siebie. Momentami wyglądał jak cień koszykarza wyniszczonego przez kontuzje. Cały czas nie był w stanie odbudować formy fizycznej, a przez to w jego poczynaniach były nad wyraz widoczne problemy motoryczne. Czasami nie był nawet w stanie swobodnie poruszać się po parkiecie. W obronie nie stanowił zbyt wielkiego wyzwania dla rywali i to mówiąc bardzo delikatnie. To wszystko jest smutne, lecz prawdziwe…

W obecnym sezonie Lichodiej notował średnio 7,8 punktów, 1,8 zbiórek oraz 1,3 asysty. Jedyną mocną stroną Rosjanina pozostawał tylko rzut z dystansu, bo trafiał trójki na skuteczności 46,3%, a to rezultat ligowej czołówki. Niedawno nawet ten element zaczął jednak szwankować. W ostatnich sześciu ligowych spotkaniach zanotował łącznie 2/14 zza łuku. Odnoszę też wrażenie, że po zmianie szkoleniowca nasz dotychczasowy kapitan miał jakby mniej szans na zaprezentowanie swoich walorów strzeleckich.

Uważam, że w takiej dyspozycji fizycznej Lichodiej w ogóle nie powinien do nas trafić. Ciężko mi to pisać, bo darzę tego gracza ogromnym sentymentem, ale swoją postawą na parkiecie nie przekonywał. Zbyt często sprawiał wrażenie jakby gra na najwyższym poziomie była dla niego już tylko wspomnieniem. Trzymam jednak kciuki za kolejny w etap w jego karierze i na pewno będę bacznie obserwował poczynania Rosjanina w barwach Legii. Ja postaram się zachować w mojej głowie obraz Lichodieja sprzed niemal dwóch lat, gdy grając z urazem, zdobył 16 punktów, był naszym najlepszym strzelcem i poprowadził Anwil do kolejnego złota. Tych wspomnień nikt nam nie odbierze!

УДАЧИ ВАЛЕРИЙ!

Miejsce dla Dykesa

Tym ruchem stworzyliśmy miejsce w rotacji dla Kyndalla Dykesa. Amerykanin bardzo szybko i sprawnie „wszedł w zespół”, a podczas ostatnich spotkań był nawet naszym motorem napędowym. Dykes podpisał z Anwilem zaledwie miesięczny kontrakt, ale nie jest tajemnicą, że trener Przemysław Frasunkiewicz chce bardzo zatrzymać tego gracza do końca rozgrywek albo i nawet jeszcze dłużej. Mnie pozostaje jedynie przyklasnąć takim planom, bo Amerykanin to świetny zawodnik, który wniósł sporo energii do gry „Rottweilerów” po obu stronach parkietu.

Łatanie pozycji silnego skrzydłowego

Największy minus w rozstaniu z Lichodiejem widzę w „łataniu” pozycji silnego skrzydłowego. Rosjanin tak naprawdę był naszą jedyną, naturalną „czwórką”. Bez jego wsparcia trener Frasunkiewicz będzie zapewne dzielił minuty na tej pozycji pomiędzy Artura Mielczarka oraz Krzysztofa Sulimę. Tak było już zresztą podczas ostatniego meczuPolskim Cukrem Toruń. O ile „Mielony” jakoś sobie radzi w takiej sytuacji, to „Żubr” miewa problemy. Sulima spędził długie miesiące na pozycji silnego skrzydłowego. W ostatnich tygodniach został jednak przesunięty bliżej kosza i tam wyraźnie odżył. Pokazał, że lepiej radzi sobie grając tyłem do obręczy i upychając podkoszowych rywali, niż bombardując kosz z dystansu. Niestety, teraz będzie musiał prawdopodobnie wrócić do takiego grania, bo innej opcji raczej nie widać. Pozostaje mieć nadzieję, że „Żubr” zaciśnie zęby i wszelkie braki przysłoni swoją walecznością.

3 odpowiedzi do “Увидимся Валерий! Tak być musiało…”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.