Regularność zachowana, czyli Spójnia nas ograła…

To jest już nie tylko przykre, ale również nudne. Anwil ma ciągle te same problemy i coraz głębiej wpada w to bagno. Tym razem do Hali Mistrzów zawitała Spójnia Stargard i została piątym pogromcą „Rottweilerów” w sześciu ostatnich meczach. Przebieg spotkania był dość zbliżony do tych wcześniejszych porażek. Znowu mieliśmy swoje szanse, ale końcówka padła łupem rywali. Goście zwyciężyli 78:81.

No nie jest dobrze… To nasza czwarta porażka z rzędu w PLK

Isiah Brown - Kamil Łączyński (Anwil Włocławek - Spójnia Stargard)FOTO: Ada / wlc.pl

Nie jestem zaskoczony, że Anwil wszedł źle w ten mecz. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Można było odnieść wrażenie, że Spójnia ostro dyktuje warunki, ale „Rottweilery” tradycyjnie wróciły do gry. Dość szybko nastąpiło otrzeźwienie i wyszliśmy na prowadzenie, którego długo nie oddawaliśmy. Goście podgryzali, ale nie pozwalaliśmy przeciwnikom na zbyt wiele. Anwil nie grał idealnie i miał swoje problemy, ale odnoszę wrażenie, że Spójnia była jeszcze słabsza. Bardziej chaotyczna i niepoukładana. Nie szło nam perfekcyjnie, ale myślałem, że jakoś przepchniemy ten mecz. Szczególnie że w trzeciej kwarcie prowadziliśmy +13. Jeszcze przed ostatnią odsłoną mieliśmy przewagę +8. Niby niepowalająca różnica, ale pozwalała wierzyć.

Olbrzymie problemy Anwilu nastąpiły w czwartej kwarcie. Byliśmy świadkami serii punktowej 2:18. „Rottweilery” nie były w stanie trafić rzutu z gry przez ponad 5,5 minuty! To była straszna indolencja ofensywna. W naszym ataku brakowało pomysłu oraz opcji. Nie było zawodnika, który byłby w stanie przełamać tę niemoc. Graliśmy jakąś taką sztywną i przewidywalną koszykówkę. Z kolei Spójnia trafiała. Ważne rzuty zaliczał np. Adam Brenk (10 pkt), który raczej nie ma statusu koszykarskiej gwiazdy. Ostatnią część zawodu przegraliśmy 17:28 i można było gasić światła…

Decydowały też detale. A to nie zastawiliśmy zbiórki, a to pechowo przegraliśmy walkę o „piłkę niczyją”. Przez cały mecz świetnie radziliśmy sobie na linii rzutów wolnych, ale w czwartej kwarcie musiał przyjść potworny kryzys. W najważniejszych minutach zanotowaliśmy 1/8 w tym elemencie, a podczas tak wyrównanego pojedynku strata łatwych punktów boli niesamowicie. Nic nam nie wychodziło!

Mocną stroną Spójni w obecnym sezonie na pewno nie są w rzuty z dystansu. Biało-bordowi dotychczas notowali 6/18 (33,3%), 1/14 (7,1%), 8/24 (33,3%) oraz 1/15 (6,7%). A we Włocławku? No oczywiście musiało nastąpić przełamanie i ustrzelili 8/16 (50%) w rzutach zza łuku. Anwil tradycyjnie jakoś szczególnie nie brylował w tym elemencie i zaliczył 8/25 (32%).

Warto też zwrócić uwagę jak zostaliśmy zniszczeni na tablicach. Przegraliśmy zbiórki aż 29:44. Te cyferki dają do myślenia…

Jeśli chodzi o najlepszego Anwilowca, to moim wyborem jest Kamil Łączyński. Kapitan we wcześniejszych meczach może nie dokładał od siebie zbyt, ale tym razem odegrał rolę głównego aktora widowiska. „Łączka” zanotował na swoim koncie 19 punktów, 9 asyst oraz 2 przechwyty. Nie był to jednak występ idealny, bo kilka rys można znaleźć. Przede wszystkim zmarnował trzy rzuty wolne w końcowych minutach. Miał także aż 5 strat. W ważnym momencie przymierzył z dystansu, ale nie trafił. Nie mam pretensji o tę próbę, bo kto inny mógłby to wziąć? Chętnych jakby nie było…

Luke Petrasek długo nie mógł złapać rytmu w ataku, ale ostatecznie coś tam ustrzelił i zakończył występ z double-double na poziomie 10 punktów oraz 11 zbiórek, a do tego dołożył jeszcze 3 przechwyty. Co ciekawe, miał 0/1 z dystansu i to był pierwszy mecz w tym sezonie bez celnej trójki amerykańskiego podkoszowego.

Cieszy mnie, że solidne minuty od trenera otrzymał Marcin Woroniecki. Włocławianin grał bardzo ambitnie, odważnie i miał naprawdę dobre momenty. Zdobył w tym meczu 11 punktów przez 20,5 minuty. Na pewno wolałem oglądać na parkiecie „Cinka” niż naszych obwodowych zza oceanu…

Razem z ekipą Spójni zawitał do nas stary znajomy Shawn Jones. Mam wrażenie, że reprezentant Kosowa jakość mniej straszy swoimi gabarytami, ale niestety to nie oznacza, że gra gorzej. „Monster” sprawił nam mnóstwo problemów i to nie tylko pod obręczą, ale również na półdystansie. Na swoim koncie zapisał bardzo solidne double-double, a mianowicie zanotował 20 punktów oraz 15 zbiórek. To jego rekord zebranych piłek na parkietach PLK.

Ciekawym przypadkiem jest Isiah Brown. Amerykanin nie zbierał raczej pochlebnych recenzji za wcześniejsze występy, a przeciwko Anwilowi musiał odpalić… Pokazał, że jest prawdziwym „człowiekiem orkiestrą” i uzyskał 24 punkty, 8 asyst, 7 zbiórek oraz 2 przechwyty. Dlaczego akurat teraz!? Jeśli w kolejnych meczach wróci do swojego dotychczasowego poziomu, to chyba wywoła mój śmiech, ale taki przez łzy.

Reasumując – kolejna porażka na koncie „Rottweilerów”. To boli. Szczególnie że we wszystkich zawaliliśmy końcówki. Wszystkie były w pewien sposób do siebie podobne. Nie ma co przymykać oczu, bo jest po prostu źle. Mam wrażenie, że cały czas wręcz spadamy w otchłań. Potrzebne są zmiany. Nie uciekniemy od tego. Potrzebne jest nowe wsparcie, energia oraz naprawa warstwy mentalnej, bo jeśli nie… Aaaa nie chcę nawet o tym myśleć!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.