Wyrwany mecz we Wrocławiu!

„Święta Wojna” ekscytowała swego czasu całą koszykarską Polskę. W ostatnich latach ta legendarna rywalizacja straciła trochę na znaczeniu, ale dla mnie to cały czas ligowy klasyk. Coś więcej niż zwykły mecz. Każde zwycięstwo ma swój wyjątkowy smak, ale pokonanie Śląska Wrocław to zawsze coś wyjątkowego. Dlatego uśmiech nie schodzi z mojej twarzy, bo Anwil dosłownie wyrwał zwycięstwo na terenie odwiecznego rywala. Lekko nie było, długo nam nie szło, ale w najważniejszym momencie znowu pokazaliśmy charakter i ostatecznie wygraliśmy 74:80.

James Bell (Śląsk Wrocław - Anwil Włocławek)FOTO: Wojciech Cebula/WKS Śląsk
  1. Źle weszliśmy w to spotkanie. Brakowało z naszej strony koncentracji. Atak był toporny, a obrona dziurawa.

  2. Śląsk dosłownie tłamsił nas przez długą część meczu. Tak trzeba uczciwie przyznać. Momentami byliśmy tylko tłem dla dobrze grających gospodarzy.

  3. W pewnym momencie przegrywaliśmy -17, a do szatni schodziliśmy przy wyniku 44:29. Gra „Rottweilerów” wyglądała po prostu źle. Brakowało tego „zęba”, który charakteryzował naszą ekipę podczas wcześniejszych spotkań.

  4. Gospodarze trafili kilka naprawdę trudnych i szalonych rzutów przez ręce obrońców. To tylko ich nakręcało. Z kolei Anwil poza słabą postawą miał też pecha. Mogliśmy przeprowadzić kilka akcji 2+1, ale piłka zawsze wyskakiwała z obręczy. Szkoda, bo takie zagrania zawsze są źródłem dodatkowej energii.

  5. Śląsk miał sporą przewagę pod koszem. Cyril Langevine był dla nas nie do zatrzymania. Amerykanin zaskakiwał szerokim wachlarzem zagrań oraz straszył skocznością i zasięgiem swoich długich ramion. Mecz zakończył z dorobkiem 12 punktów11 zbiórek.

  6. Dobre momenty miał także Aleksander Dziewa, który spędził na placu boju 11,5 min oraz zanotował 9 punktów6 zbiórek. Śląsk ma spore problemy z kontuzjami, przez co skład wrocławian jest mocno ograniczony. Trener Petar Mijović niechętnie jednak sięgał po swoich rezerwowych. Rozumiem, że tacy gracze jak Kacper Gordon czy Aleksander Leńczuk nie mogli liczyć na pokaźną ilość minut. Dlaczego jednak Dziewa, z którym mieliśmy sporo problemów, został tak ograniczony? Na szczęście to nie nasz problem 😉 .

  7. Kavell Bigby-Williams statystycznie nie wypadł źle, bo zapisał na swoim koncie 11 punktów oraz 6 zbiórek. W „teście oka” brytyjski środkowy wyglądał już jednak gorzej. Sprawiał wrażenie niedostatecznie skoncentrowanego i podjął kilka dziwnych decyzji. Wiemy już, że jest w stanie grać o wiele lepiej. W pewnym momencie trener Przemysław Frasunkiewicz zdecydował się na ryzykowny ruch i obniżył skład. Bigby-Williams opuścił boisko na 3,5 min przed końcem trzeciej kwarty i później nie wrócił już na parkiet. Takim sposobem decydujące momenty rozgrywaliśmy bez nominalnego centra. CO TO BYŁY ZA MINUTY!

  8. W pierwszej połowie nie byliśmy sobą. Podczas przerwy „Franc” musiał jakoś wstrząsnąć swoimi podopiecznymi. Nie wiem, co zrobił, ale efekt był piorunujący! W trzeciej kwarcie nastąpiła wyraźna poprawa defensywy. Atak jeszcze był toporny, ale zatrzymaliśmy Śląsk na zaledwie 12 punktach. Do upragnionego celu droga była jeszcze daleka, ale pojawiło się małe „światełko w tunelu”.

  9. Czwarta kwarta to był już prawdziwy popis w wykonaniu „Rottweilerów”! Utrzymaliśmy obronę na wysokim poziomie, a do tego wreszcie otworzyliśmy atak. Nasz zespół szukał okazji do zamian krycia, co otwierało grę 1 na 1, a to z kolei dostarczało punkty albo pozwalało wymuszać faule.

  10. W połowie ostatniej odsłony, po trójce Mathewsa, wreszcie wyszliśmy na prowadzenie i obraz spotkania uległ totalnej przemianie. Śląsk momentalnie zgasł, a Anwil uspokoił grę i zaczął w pełni kontrolować wydarzenia na parkiecie. To były momenty, które oddzieliły mężczyzn od chłopców. W tym przypadku to my byliśmy mężczyznami i to z cojones wielkości arbuzów.

  11. „Rottweilery” po raz kolejny pokazały niesamowity charakter. Długo nam nie szło, ale konsekwentnie robiliśmy swoje i ostatecznie wyprowadziliśmy potężny cios niczym Mike Tyson za najlepszych lat swojej kariery. Odwróciliśmy mecz, w którym bardzo długo mieliśmy pod górkę. COŚ PIĘKNEGO!

  12. Mecz zakończyliśmy z 9 stratami. Bardzo przyzwoity wynik, ale ciekawsze jest to, jak zostały rozłożone. W pierwszej kwarcie popełniliśmy 5, w drugiej 2 oraz po 1 w trzeciej i czwartej kwarcie. Niesamowita przemiana i poprawa koncentracji!

  13. Nie ukrywam, że dość długo irytował mnie James Bell. Kilka razy gubił krycie oraz marnował dogodne okazje w ataku. Cały czas mógł jednak liczyć na zaufanie ze strony trenera Frasunkiewicza. To był „strzał w dziesiątkę”! Amerykanin robił mnóstwo drobnych rzeczy, a podczas najważniejszych momentów wzniósł defensywę na niebotyczny poziom oraz dołożył kilka ważnych trafień w ofensywie. Bell uzyskał w tym meczu 15 punktów, 8 zbiórek oraz 4 asysty. Był naszym czołowym strzelcem, najlepszym zbierającym, najlepszym podającym oraz uzyskał najwyższy współczynnik EVAL (18). Amerykanin długo pozostawał pewną zagadką, bo pomimo bogatego CV nie brał gry na swoje barki. Teraz wszyscy już chyba jednak wiemy, że to po prostu fenomenalny zadaniowiec, o którym marzy każdy zespół.

  14. Długo swojego rytmu nie mógł złapać Jonah Mathews. Amerykanin miał problemy z mijaniem rywali (nawet tych mniej doświadczonych), a piłka po jego rzutach nie mogła wpaść do obręczy. Do przerwy zanotował 1/4 z gry. Wejście w trzecią kwartę też nie napawało optymizmem, bo zaczął od straty i kolejnego pudła. Później dorzucił trzy „oczka” z linii rzutów wolnych, ale prawdziwy show zostawił na czwartą kwartę. Mathews wrzucił wówczas wyższy bieg, zaczął wręcz pływać po parkiecie i grać „swoją” koszykówkę. Oddawał najważniejsze rzuty i odzyskał skuteczność. Mecz zakończył z dorobkiem 17 punktów.

  15. Luke Petrasek to praktycznie jedyny nasz zawodnik, który przez cały mecz utrzymywał równym poziom. W niektórych momentach był wręcz głównym filarem Anwilu. Podczas tego spotkania zapisał na swoim koncie 17 punktów oraz 7 zbiórek. Po prostu klasa!

  16. Łukasz Kolenda ze Śląska, jako jedyny gracz, nie opuścił parkietu nawet na sekundę. Przez większość czasu za bardzo nie czarował, ale w samej końcówce odpalił trzy trójki. Nie ukrywam, że wywarł na mnie wrażenie tymi zagraniami. Dla gospodarzy to był prawdziwy zastrzyk dodatkowego tlenu, który przedłużył ich żywot. Śląsk przegrał drugą połowę 30:51, więc łatwo policzyć jakby to mizernie wyglądało, gdyby nie ten szalony błysk Kolendy.

  17. Niektórzy wróżyli nam start nowego sezonu od bilansu 0-5. Tymczasem mamy 5-0 i jesteśmy jedynym niepokonanym zespołem w całej PLK!

  18. Proszę Państwa… czapki z głów! Tak grają prawdziwe „Rottweilery”! Charakter tego zespołu powala na kolana. TO JEST NASZ ANWIL!

Jedna odpowiedź do “Wyrwany mecz we Wrocławiu!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.