Sezon walki w blasku brązu

Jak ten czas szybko leci! Od zakończenia sezonu 2021/2022 minęło już kilka tygodni, Anwil zaczyna budowę nowego składu, a ja ciągle rozmyślam o tych minionych rozgrywkach. W sumie nic dziwnego, bo jest co wspominać! Cały czas mam w pamięci moment, gdy wychodziłem z domu na meczZastalem Zielona Góra. To była druga kolejka PLK. Jakie myśli krążyły wówczas w mojej głowie? Terminarz mieliśmy ciężki, ale byliśmy świeżo po zwycięstwie w Lublinie. To mogło napawać pewnym optymizmem. Ja jednak nie myślałem w takich kategoriach. Nie miałem żadnych oczekiwań, bo z całym szacunkiem, ale Zastal to nie Start. Mecz ostatecznie wygraliśmy, a spragniona koszykarskich emocji Hala Mistrzów odleciała. „Rottweilery” udowodniły, że pomimo braku wielkich deklaracji są w stanie walczyć z najlepszymi. W takim wspaniałym stylu rozpoczęliśmy marsz, który dostarczył nam mnóstwo radości.

Anwil Włocławek brązowy medal 2021/2022FOTO: Andrzej Romański / plk.pl

Trafiona selekcja

Nie ma co ukrywać. Fundamenty pod końcowy sukces zostały położone już podczas zeszłych wakacji. Miniony sezon dobitnie udowodnił, jak ważny jest etap budowania zespołu. W trakcie zmagań można oczywiście dokonywać zmian kadrowych, ale drużyna, która trafi z letnimi transferami, od razu zyskuje przewagę nad konkurencją. Nawet jeśli rywale mają głębsze portfele. Kluczem jest zaufanie właściwym osobom. W naszym przypadku trener Przemysław Frasunkiewicz „trafił w dziesiątkę”. Po graczach rodzimych wiemy raczej czego mniej lub więcej oczekiwać. Większą zagadką jest zazwyczaj zaciąg zagranicznych, który praktycznie w każdym klubie PLK odgrywa kluczową rolę.

W ekipie „Rottweilerów” również panowała taka hierarchia. Najważniejsze, że nie potrzebne były żadne większe przetasowania w rotacji. Kyndall Dykes nie był zagadką i utrzymał swój wysoki poziom. James Bell pomimo początkowych trudności „urósł” w trakcie sezonu, wspaniale wykorzystał swoje doświadczenie, udowodnił klasę i został ulubieńcem kibiców. Luke Petrasek może miewał tygodnie ze słabszą aktywnością, ale bez wątpienia odgrywał rolę prawdziwego filaru Anwilu. Z kolei Jonah Mathews przewyższył chyba wszelkie oczekiwania i został ligową gwiazdą. Sam widziałem w nim gracza raczej chimerycznego, który raz na jakiś czas „odpali”, ale często będzie znikał. Tymczasem Amerykanin został naszym czołowym egzekutorem. Szkoda tylko, że zabrakło amunicji w Play-Off… Na cały kwartet nie możemy jednak narzekać.

Jedyny problem mieliśmy z obsadą pozycji centra. Tutaj nastąpiły spore zawirowania. Najpierw testowany był Austin Davis. Jego miejsce zajął jednak Dwight Coleby, ale nie przeszedł testów medycznych. Ostatecznie na początku sezonu rolę pierwszego środkowego Anwilu otrzymał Kavell Bigby-Williams. Nie można powiedzieć, że Brytyjczyk zawiódł. To z całą pewnością ciekawy koszykarz, który miał kilka mocnych momentów. Nie do końca pasował jednak do koncepcji „Franca” i takim sposobem do Włocławka zawędrował Ziga Dimec. Słoweniec od samego początku miał wśród fanów swoich zwolenników oraz przeciwników. Najważniejsze, że trener był w pełni usatysfakcjonowany z wkładu tego potężnego środkowego do gry zespołu. Podejrzewam także, że Dimec swoją postawą zdołał przekonać wielu sceptyków.

Prawdziwi wojownicy

Odpowiednia selekcja prowadziła do tego, co trener Frasunkiewicz wielokrotnie podkreślał na etapie budowania zespołu. „Franc” nie patrzył tylko na czysto koszykarskie umiejętności swoich podopiecznych, ale też (a może przede wszystkim) na cechy charakterologiczne. To wypaliło! Po roku kompromitacji i oglądania zawodników grających „na pół gwizdka” bardzo tęskniliśmy za gryzącymi „Rottweilerami”. Anwil jest dla nas świętością i chcieliśmy w trójkolorowych barwach koszykarzy, którzy rozumieją, że włocławska ekipa to „więcej niż klub”. Dla mnie samego ta waleczność oraz zadziorność były kluczowymi wymaganiami przed rozgrywkami. Nie miałem skonkretyzowanych oczekiwań odnośnie do wyników, ale chciałem, żebyśmy walczyli. Brałem pod uwagę porażki, ale liczyłem, że nie będę znowu skrywał twarzy w dłoniach z powodu braku zaangażowania oraz deficytu ambicji. Na szczęście moje życzenie zostało spełnione i to ze sporą nawiązką!

Bez wahania można stwierdzić, że Anwil imponował charakterem. Powiedziałbym nawet, że waleczność była naszym znakiem rozpoznawczym. Nie było straconych piłek i meczów przegranych przed końcową syreną. „Rottweilery” nigdy nie odpuszczały. W niektórych spotkaniach nie wszystko szło po naszej myśli, ale cały czas walczyliśmy, wierzyliśmy i potrafiliśmy odrabiać nawet pokaźne straty. Nigdy nie można było skreślać Anwilu jeszcze w trakcie meczu. To jest coś pięknego. Coś, co zawsze chcemy oglądać. Takie drużyny zapadają w pamięci kibiców na długie lata i jestem przekonany, że w tym przypadku będzie tak samo. Podejrzewam, że za kilka lat, gdy dojdzie do spotkania jakichś kibiców przy złocistym trunku, to podczas dyskusji padnie zdanie w stylu: „kurde, fajny był ten Anwil w sezonie 2021/2022”.

Piękne i gorsze momenty

Licząc wszystkie fronty rywalizacji, Anwil osiągnął bilans 34-13. Już na samym początku sezonu nasza drużyna pokazała drzemiący w niej potencjał i to pomimo trudnego terminarza. Niektórzy wróżyli, że rozpoczniemy zmagania od bilansu 0-5 czy tam 1-4. Tymczasem „Rottweilery” zaskoczyły i zanotowaliśmy 6-0 na starcie. To było świetne rozpoczęcie nowego sezonu, jedno z najlepszych w całej naszej historii. Później zanotowaliśmy taką samą serię na przełomie grudnia i stycznia.

W pewnym momencie nadszedł jednak „zimny prysznic”. Na przełomie lutego i marca przegraliśmy trzy mecze z rzędu. Wcześniej polegliśmy jeszcze w dwóch ligowych potyczkach. Ta nieciekawa seria została szczęśliwie rozdzielona dwoma zwycięstwami w ENBL. Sytuacja nie napawała jednak optymizmem. Pięć porażek na krajowym podwórku nie wróżyło niczego dobrego. Można było mówić nawet o pewnym kryzysie. Szczególnie zabolała klęskaPucharze Polski. Przez wiele minut King Szczecin był jedynie tłem dla naszej ekipy. Pod koniec pierwszej połowy prowadziliśmy nawet +26. Wszystko wskazywało na to, że zwycięstwo Anwilu jest jedyną opcją w tej potyczce. A jednak… King z minuty na minutę niwelował straty i doprowadził do dogrywki, w której udowodnił swoją wyższość. Nie ukrywam, że to był dla mnie najbardziej bolesny moment całego sezonu.

Na marginesie przypomnę, że podczas turnieju o PP doświadczyliśmy też miłego akcentu. Konkurs rzutów za trzy punkty wygrał Petrasek i tym samym został czwartym zawodnikiem naszego klubu, który dokonał tej sztuki. Wcześniej podobne zawody wygrywali Igor Griszczuk, Andrzej Pluta oraz Gintaras Kadziulis. Taka sympatyczna drobnostka „na otarcie łez” 😉 .

Forma Anwilowców nie zachwycała także w kolejnych meczach. Styl odbiegał od oczekiwań, ale i tak potrafiliśmy „przepychać” mecze, a to niezwykle ważne. Znowu zaczęliśmy kolekcjonować wygrane i tak po cichu, krok po kroczku, wykręciliśmy serię jeszcze lepszą niż na początku rozgrywek. „Rottweilery” zanotowały bilans 11-0 w kolejnych meczach i to była nasza najlepsza tego typu sekwencja.

Trzy porażki z rzędu zanotowaliśmy jeszcze raz i to na etapie półfinału. Legia Warszawa odprawiła nas 0:3. To był nasza pierwsza porażka „do zera” na tym szczeblu w całej historii. Stołeczna ekipa była lepsza i to trzeba przyznać, ale w każdym starciu walczyliśmy oraz byliśmy blisko. W tej serii doszło też do wydarzenia, które po prostu muszę dodać na listę bolesnych momentów. Podczas drugiego meczu zdobyliśmy zaledwie TRZY PUNKTY w pierwszej kwarcie! Przegraliśmy tę część gry aż 3:23 i ciężko było odrobić takie straty po tak beznadziejnym starcie. To była najgorsza kwarta w całej historii naszej drużyny.

Z tych wszystkich porażek, które odnieśliśmy na przestrzeni całego sezonu, tylko dwukrotnie polegliśmy dwucyfrową różnicą punktów. To kolejny argument świadczący o waleczności „Rottweilerów”. Oba wspomniane przypadki to było zaledwie -10. Najpierw niespodziewanie dokonała tego Arka Gdynia w Hali Mistrzów. Z kolei drugi przypadek miał miejsce w trzecim meczu półfinałowym, który zapewnił Legii awans do finału.

Co ciekawe, jest tylko jeden zespół, którego nie zdołaliśmy pokonać ani razu na przestrzeni całego sezonu. Mieliśmy aż trzy okazje, ale za każdym razem King był od nas lepszy.

Z kolei na rozkładzie wygranych mamy komplety zwycięstw z przedsezonowymi faworytami całych rozgrywek, co może napawać dumą. Jednym z piękniejszych momentów było na pewno pokonanie Stali Ostrów Wielkopolski na własnym terenie. To było kosmiczne starcie, w którym Jonah Mathews po prostu oszalał.

Sympatyczna Europa niższej kategorii

Po tragicznym sezonie 2020/2021 nie mogliśmy raczej liczyć na zapisanie kolejnego rozdziału w europejskich pucharach. Na szczęście nasi decydenci znaleźli bardzo ciekawy substytut. Anwil wystartował w inauguracyjnych rozgrywkach European North Basketball League. Nie był to żaden puchar, a raczej liga regionalna. Odbierałem to i tak jako miły akcent, bo to zawsze dodatkowe atrakcje dla kibiców, a dla zawodników dodatkowa rywalizacja. Na pewnym etapie miałem obawy czy ten twór w ogóle wystartuje, ale na szczęście wystartował. Format był dość specyficzny, bo rywalizacja toczyła się w „bańkach”. Pod względem organizacyjnym nie można mieć zastrzeżeń. Natomiast poziom sportowy raczej nie dorastał do tych najbardziej znanych europejskich pucharów.

Dzięki temu trener Frasunkiewicz miał sporo okazji do ogrywania rezerwowych. Anwil wygrał całe rozgrywki bez ani jednego potknięcia. Praktycznie tylko w dwóch starciach odczuliśmy nacisk rywali. Prestiż może niewielki, ale to i tak był miły akcent oraz pierwsze międzynarodowe trofeum wywalczone w historii naszego klubu. Ciekawe doświadczenie.

Włodarze ENBL mają ambitne zarys na rozwój tego projektu i trzymam kciuki za spełnienie ich planów. Mam jednak nadzieję, że Anwil nie będzie już spoglądał na te rozgrywki, tylko zadomowi się na wyższym poziomie europejskiej rywalizacji.

Smaczny medal

Dla mnie ten wywalczony brązowy medal ma wyjątkowy smak. Przed sezonem nawet przez chwilę nie pomyślałem o tak rewelacyjnym zwieńczeniu rozgrywek. Chciałem odbudowania, a otrzymałem znacznie więcej. Czy mogliśmy wypaść jeszcze lepiej? Myślę, że tak, bo Legia nie przytłaczała nas swoją potęgą. Nie byliśmy bez szans w półfinałowej konfrontacja, ale to stołeczna ekipa zaprezentowała zdecydowanie lepszy kunszt koszykarski. Trudno.

Najważniejsze jednak, że „Rottweilerom” nie zabrakło motywacji, aby zająć miejsce na najniższym stopniu podium. Walka o brąz ma swoją specyfikę, czego doświadczyliśmy wielokrotnie w przeszłości. Tym razem było jednak inaczej chociaż na pewno nie lekko. Czarni Słupsk to prawdziwa rewelacja rozgrywek i dwukrotnie ograli nasz zespół podczas sezonu zasadniczego. Pierwsza spotkanie medalowe ledwo przepchnęliśmy i to raczej nie napawało optymizmem. Szczególnie że rywalizowaliśmy w formie dwumeczu, gdzie decydowała różnica punktów. Podczas rewanżu pokazaliśmy jednak kły! Anwil rozegrał bardzo dobre zawody i przypieczętował medal na terenie rywala. Piękna chwila. Podopieczni trenera Frasunkiewicza zaprezentowali na finiszu to, czym budzili podziw niemal przez cały sezon, czyli charakter oraz waleczność.

Nie zdobyliśmy kolejnego złota. Nie spojrzeliśmy na resztę ligowej stawki z góry. Ten medal pozwolił mi jednak poczuć ogromną radość oraz dumę. Taka słodka niespodzianka po rocznym obcowaniu z dziegciem 😉 .

Spojrzenie w przyszłość

Tym wpisem zamykam sezon 2021/2022 w mojej głowie. Nie będę już zbyt wiele wspominał, bo przekierowuję myślenie na nowe wyzwania. Anwil rozpoczął już budowę składu i na pewno będzie ciekawie, ale inaczej, bo wymagania wzrosły. Nowe oczekiwania to już nie tylko walka, ale także wyniki. „Rottweilery” wróciły do czołówki i muszą udowodnić, że nie było w tym przypadku. Presja rośnie.

Dlatego ta walka o końcowy sukces już trwa. Trener Frasunkiewicz pracuje nad doborem odpowiednich graczy, a miniony sezon udowodnił nam, jak ważną rolę odgrywa ta letnia selekcja. Liczę, że zbudujemy jeszcze lepszy zespół, ale nie zapomnimy o najważniejszym, czyli włocławskim charakterze. Po prostu znowu chcę oglądać Anwil, który walczy o każdą piłkę.

Ważne kontrakty mają Kamil Łączyński, Maciej Bojanowski, Michał Nowakowski oraz Łukasz Frąckiewicz. Umowy przedłużyli Luke Petrasek oraz Marcin Woroniecki, co uważam za świetne decyzje. Nowymi twarzami w naszym zespole będą Josh Bostic oraz Dawid Słupiński, chociaż do tego drugiego nie pasuje to określenie 😉 . Na pewno naszych barw nie będą już reprezentować Kyndall Dykes (rozwiązana umowa), James Bell (liga japońska) oraz Jonah Mathews (francuski ASVEL). Szkoda, ale liczę, że trafią do Włocławka godni następcy.

Przypomnę, że realia ulegną pewniej zmianie, bo powraca przepis o jednym Polaku na parkiecie, co będzie wymagało jeszcze uważniejszego doboru graczy. Poza tym wracamy do standardowych europejskich pucharów, bo zagramy w fazie grupowej FIBA Europe Cup. To generuje kolejne wyzwania, bo wypada przecież pokazać klasę na europejskich salonach, ale powinno być także dodatkowym wabikiem na zawodników.

Dawać już te kolejne transfery i nowy sezon 😉 !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.