Niemrawy Anwil gorszy od Sportingu

W Lizbonie urządziliśmy sobie strzelnicę i Sporting nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Rewanż w Hali Mistrzów to jednak zupełnie inna historia. Anwil był bardzo daleki od swojej optymalnej formy i musiał uznać wyższość rywali. Goście z Portugalii zwyciężyli 73:85, a odnoszę wrażenie, że ten wynik i tak jest lepszy niż gra „Rottweilerów”.

Lee Moore (Anwil Włocławek - Sporting Lizbona) FIBA Europe CupFOTO: Natalia Seklecka / ddwloclawek.pl

Początek był jeszcze wyrównany i mieliśmy nawet prowadzenie +3, ale nie potrafiliśmy narzucić swoich warunków, a później było już tylko gorzej. Z minuty na minutę to Sporting przejmował ten mecz. Takim sposobem przegrywaliśmy do przerwy -12. Liczyłem na przełamanie po zmianie stron, bo nie byliśmy świadkami jakieś przytłaczającej dominacji Portugalczyków. To była jednak złudna nadzieja. W trzeciej kwarcie Sporting jeszcze bardziej odjechał. Zaliczyli serię 2:14 i to oznaczało, że Anwil wpadł w wielkie tarapaty. Zacząłem nawet drżeć, czy zaliczka z pierwszego meczu wystarczy (+24), bo w pewnym momencie traciliśmy do gości aż -23.

W czwartej kwarcie zanotowaliśmy na szczęście kilka lepszych momentów. To była taka ostatnia szarża „Rottweilerów”. Tylko co z tego, jeśli nie potrafiliśmy utrzymać odpowiedniej intensywności i po kilku dobrych akcjach przychodziły koszmarne błędy… Plus z tego taki, że uniknęliśmy kompromitacji.

Zaryzykuję stwierdzenie, że to był najgorszy mecz Anwilu w bieżącym sezonie. Nic nam nie wychodziło! Graliśmy bardzo wolno, czytelnie i po prostu niemrawo. Brakowało, z wyjątkiem kilku minut ostatniej odsłony, odpowiedniego zacięcia. Nie graliśmy „z zębem”. Występował deficyt energii. Najczęściej obserwowaliśmy takie mozolne budowanie akcji, a na końcu trochę wymuszony rzut. Tylko szkoda, że piłka znowu nie chciała wpadać do kosza. Szukaliśmy przełamania, ale nie znaleźliśmy. Efekt to 8/35 z dystansu, czyli zaledwie 22,9%. Trójki stanowiły połowę naszych wszystkich prób. Znowu graliśmy jednowymiarowo, a brakowało skuteczności. Przez to w rzutach z gry również wypadliśmy blado, bo zanotowaliśmy 23/70, czyli tylko 32,9%.

Nie szło w ataku, a tych braków nie nadrabialiśmy niestety defensywą. Sporting zbyt łatwo wbijał w naszą obronę. Każdy zdobyty punkt kosztował nas mnóstwo sił, a jak już coś rzuciliśmy i nadzieja rosła, to goście odpowiadali szybkimi i prostymi punktami. Najbardziej bolało mnie, gdy dogrywali piłkę w strefę podkoszową i tam rzucali sobie jak na treningu.

Sporting wygrał w pełni zasłużenie i to nie podlega wątpliwości. Goście przeważali niemal w każdej statystyce. Należy przy tym zaznaczyć, że nie rozgrywali jakiegoś kosmicznego meczu, a i tak zdecydowanie przeważali. To tylko świadczy o okropnej indolencji naszego Anwilu…

Grę „Rottweilerów” najbardziej próbował rozruszać Lee Moore i wypadł całkiem solidnie, bo zapisał na swoim koncie 18 punktów, 6 zbiórek oraz 4 asysty. Nie potrafił jednak aktywować trybu przejęcia spotkania, co potwierdza 0/4 za trzy oraz zaledwie 6/10 z linii rzutów wolnych. Nieźle zagrał także Luke Petrasek, który zanotował 16 punktów4 zbiórki, ale też był jakiś taki bez odpowiedniej energii. Te wszystkie starania zdecydowanie nie wystarczyły…

Po czterech kolejkach FIBA Europe Cup mamy bilans 2-2 i raczej nie tego oczekiwaliśmy. Awans z grupy G wcale nie jest taki oczywisty i jeszcze czeka nas sporo emocji. Niestety…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.